Posts tagged wycieczka

Wybrzeże rowerowo

Jak zapewne wiecie – chwaliliśmy się już tym troszkę – udało nam się przejechać dużą część polskiego wybrzeża rowerami. Chciałbym tym wpisem podzielić się doświadczeniami z tej wyprawy, opowiedzieć jak wyglądało całe to przedsięwzięcie i co działo się na trasie. Może uda mi się Was zainspirować do podobnych wypraw i przekonać do tego, że można, że dzieciaki (w naszym przypadku 6 i 9 lat) mają ogromny potencjał i siłę, by zrobić coś wielkiego.

Dzień 1 Władysławowo – Karwia 18km

Przyjechaliśmy po nocnej podróży do Władysławowa. Najpierw musieliśmy zostawić gdzieś samochód, a ponieważ jego postój miał trwać 8 dni, szukaliśmy miejsca, gdzie mógłby stać spokojnie nikomu nie wadząc, tak, by przypadkiem nam go ktoś gdzieś nie odholował. Udało się znaleźć bardzo fajne miejsce – w samym centrum miasta, na darmowym miejskim parkingu, w sąsiedztwie komisariatu policji.

Potem szybkie pakowanie i ruszamy rowerami na plażę, by czym prędzej przy przywitać morską bryzę. Przed 12-stą byliśmy już na plaży, ale ledwie tam weszliśmy: zimny prysznic na przywitanie. Prawie dosłownie: zimny, mocny, zachodni wiatr i ulewny deszcz. W pięć minut zmokliśmy doszczętnie. Pozostało nam znaleźć jakieś suche miejsce w pobliżu plaży i zjeść coś ciepłego na rozgrzanie. Deszcz na szczęście szybko minął, więc mogliśmy po krótkiej przerwie ruszyć dalej. Jako, że zmęczenie po nocnej podróży nieco dawało nam się we znaki, wyznaczyliśmy sobie za cel Karwię, oddaloną od Władysławowa o 18 km. Po drodze minęliśmy Chłapowo i Jastrzębią Górę. Na odcinku między Władysławowem, a Jastrzębią mamy troszkę pobocza, chwilami chodnik – nie jedzie się wiec źle. Za Jastrzębią jednak czeka nas asfaltowa droga w kiepskim stanie bez pobocza. Musieliśmy bardzo uważać, bo ruch samochodowy jest tu bardzo duży, a liczne dziury utrudniały jazdę skrajem drogi. Nie polecam tego odcinka. Lepiej wybrać dłuższą trasę R10, my niestety nie mieliśmy tym razem na to czasu, ale następnym razem skorzystamy raczej z tej opcji. Na szczęście udało się bezpiecznie dotrzeć do Karwi, gdzie znaleźliśmy nocleg i mogliśmy odpocząć przed kolejnym dniem przygody.

 

Dzień 2 Karwia – Lubiatowo 

Wstajemy w Karwi, pakujemy cały sprzęt, co średnio zajmuje nam to 1,5 godz. Jest też miłe śniadanko, bajki dla dzieci i radosne podekscytowanie kolejnym dniem wyprawy. Ruszamy za zachód, bez bliżej określonego celu. Założenie było takie, że pedałujemy wtedy, kiedy nam się chce, gdy są do tego warunki, tylko tyle ile chcemy w danym czasie – bez wyznaczonego sztywno celu. Byle na zachód i zobaczymy co przyniesie nam trasa i kolejny dzień. Nie chcieliśmy by była to sztywno zaplanowana trasa do zrealizowania, ale wspólnie przeżyta przygoda, pełna pozytywnych emocji, którą wszyscy na długo zapamiętamy. Muszę przyznać, że takie założenie daje duże poczucie wolności. Pedałowanie przez te kilka dni, ciągłe zmiany otoczenia, brak ciśnień, że gdzieś trzeba zdążyć, gdzieś dotrzeć, nowe miejsca do spania, plażowania, czy jedzenia, nowo poznani ludzie – wszystko to dało nam niesamowite poczucie radości z odkrywania nowego i wolności płynącej ze świadomości, ze nic nie musimy. Cudowny stan.

Tego dnia zrobiliśmy trasę od Karwi aż do Lubiatowa po drodze mijając Dębki, Białogórę. Droga wiodła głównie szlakiem nadmorskim R10 plus szlakiem czerwonym, choć często ją modyfikowaliśmy w zależności od potrzeb. Trasa prześliczna, w dużej części prowadząca przez lasy. W Białogórze zrobiliśmy postój w fajnej knajpce w centrum miasta. Do Lubiatowa dotarliśmy popołudniu i po szybkim rozpakowaniu na noclegu, ruszyliśmy rowerami na plażę. Samo Lubiatowo to specyficzne miejsce. Położone nieco dalej od plaży (15 minut pedałowania) idealne jest dla tych, którzy lubią ciszę i spokój.

 

Dzień 3 Lubiatowo – Łeba

Ruszamy z Lubiatowa w stronę Kopalino, a stamtąd z ulicy Bursztynowej na szlak pomarańczowy rowerowy i co się okazuje: szlak byłby bardzo ciekawy i fajny, gdyby nie to, że często występowały na nim piaski. Dojechaliśmy do Stilo troszeczkę zmęczeni, ten odcinek zajął na nieco więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Na szczęście w miejscowości Osetnik zresetowaliśmy siły i zjedliśmy przepyszne przystawki rybne. I ruszyliśmy dalej, kierując się w stronę Łeby rowerowym szlakiem czerwonym. Jechaliśmy północną częścią, nad jeziorem Sarbsko, gdzie po drodze mijamy sporo przeszkód piaskowych, w tym górę Piaszczystą, przez którą przeciskanie rowerów i przyczepki nie jest zbyt przyjemne. Stąd też w Łebie byliśmy dopiero po godz. 16, gdzie trafiliśmy do bardzo niesmacznego baru mlecznego w centrum miasta (nie polecamy), a potem szybciutko znaleźliśmy nocleg. To był dzień, w którym zmęczenie wzięło górę i nie poszliśmy nad morze, by złapać trochę słońca i powietrza – zasnęliśmy w pokoju.

Dzień 4 Łeba – Kluki

Wyruszamy z Łeby. Trasę mamy zaplanowaną przez Żarnowską, Gać, Izbicę i Kluki. W Klukach zobaczymy co dalej. Jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym pod jezioro Łebsko. Najpierw Żarnowska – dosyć szybki dystans, trasa żwirowo- szutrowa dosyć fajna. Później obszar ochrony ścisłej Bielice w Słowińskim Parku Narodowym i tutaj bardzo piękny, urokliwy las – dosyć stary, przycieniony, pełen traw i paproci. Baśniowy klimat. Zatrzymaliśmy się po drodze przy torfowisku Wielkiego Bagna, gdzie jest pomost. Jedziemy dalej, aż dojeżdżamy do Gać. Miejscowość typu: koniec świata. Asfalt skończył się dużo wcześniej, ścieżka kończy się gdzieś w lesie. Chleb dowożą tutaj busami. Mieszkańcy – głównie starsi ludzie. Zastanawiałem się, jak oni sobie radzą w zimie w tym miejscu odciętym od świata, w dość surowych warunkach.

Potem Izbica, gdzie dowiadujemy się od lokalnych informatorów przy sklepie, że szlak, którym mieliśmy jechać – czerwony przez Ciemińskie Błota – jest po prostu jednym wielkim błotem, a dokładniej bagnem. Nieprzejezdnym. Musimy je ominąć, jadąc troszeczkę na południe przez Zgierz, później Borek Skórzyński i wracać dopiero do miejscowości Kluki, gdzie też może być nieciekawie, bo za rzeczką Pustynka również czeka nas bagienny teren. Świetnie… Jest już popołudnie, trochę dystansu jeszcze do przebycia, a tu takie niespodzianki, ale cóż, jedziemy. Omijamy Ciemińskie Błota po drodze spotykając ludzi, którzy wracając potwierdzają, że teren jest nieprzejezdny. Jadąc dalej spotkaliśmy Czecha, który jechał z Kluk i pocieszył nas nieco mówiąc, że do Kluk da sie przejechać. Zatem jedziemy. 1,5 km przed Klukami, na pomostku zaczyna się znów robić nieciekawie, pojawia się błoto, a właściwie bagno. Na szczęście w tym roku zostały zbudowane specjalne drewniane przejazdy rowerowe, szkoda, że nie całym dystansie tylko co ileś metrów, stąd też trzeba chwilami popchać rower przez bagna. Finalnie w okolicach godz. 16 – 17 lądujemy w miejscowości Kluki, a dokładniej w Karczmie u Dargoscha, gdzie spożywamy przepyszny obiad.  Co dalej? Nie wiemy. Sklepu nie ma, z noclegami również dosyć ciężko. Zatem rozbijamy pierwszy raz namiot i nocujemy pod gołym niebem.

Dzień 5

Po złożeniu namiotu i spakowaniu bagaży, co zazwyczaj w naszym przypadku trwa to koło 1,5h ruszyliśmy czerwonym szlakiem, prowadzącym do jeziora Dołgie Duże w kierunku Smołdzińskiego Lasu. Docelowo chcemy dojechać do Rowów, co też udaje się nam bardzo szybko i przyjemnie. Podróżujemy w rejonie Słowińskiego Parku Narodowego i muszę przyznać, że jest to obszar naprawdę pełen uroku. Zarówno jezioro Dołgie Duż, Dołgie Małe, jak i ogromne jezioro Gardno są przepiękne, a pomosty dają możliwość, by chwilę odpocząć i zrelaksować się w ciszy i spokoju na łonie natury. Polecam – świetna energoterapia 🙂

Krótko o trasie: tego dnia zrobiliśmy 21,4 km i była to jedna z najprzyjemniejszych i dobrze przygotowanych tras rowerowych. Cały odcinek północny nad jeziorem Gardno został zagospodarowany podłożem tzw. suchym betonem, co dawało duży komfort pokonania trasy. Dzieci tak się „zagadały” podczas pedałowania, że kiedy dojechaliśmy do Rowów stwierdziły ze zdumieniem: to już jesteśmy?!

Podsumowując, Rowy to idealne miejsce dla rodzin/rowerzystów. Mamy tu również do dyspozycji trasę wokół jeziora Gardno, którą przebyłem z Zosią jak miała 5 lat w przyczepce i też bardzo dobrze ją wspominam. Dodatkowo jest świetny szlak do Ustki, ale… to już kolejny dzień.

 

Dzień 6

Ruszamy z Rowów do Ustki. Jak już wspomniałem, to kolejna moja ulubiona trasa, która wiedzie szlakiem zwiniętych torów. Rewelacja! Naprawdę.  Generalnie oceniam trasę pod względem podłoża i tutaj – poza krótkim odcinkiem piasku – było wręcz idealnie. 24 km dobrej nawierzchni plus ładne otoczenie sprawiły, że do Ustki dotarliśmy naprawdę w szybkim tempie. Dużo czasu za to zajęło nam znalezienie noclegu. Musze przyznać, że to właśnie poszukiwanie miejsca do spania każdego dnia w nowym miejscu było największym problemem logistycznym, zwłaszcza, że potrzebowaliśmy noclegu tylko na jedną noc. Niestety, 90% ludzi odmawiało nam przyjęcia – smuteczek. Mimo tych przejściowych kłopotów udało nam się w Ustce znów wyskoczyć popołudniem na plażę i podładować baterie przed kolejnym dniem.

Dzień 7

A kolejny dzień – oj nie był już taki prosty. Po pierwsze w planach mieliśmy dotrzeć do Jarosławca, a niestety duża część trasy wiedzie po drodze asfaltowej średnio uczęszczanej przez samochody. Po drugie mieliśmy do pokonania aż 36km!!! Tak, tak, udało się i to nawet z całkiem dobrym wynikiem czasowym. W Jarosławcu niestety plaża przywitała nas deszczowo, ale dzięki temu podjęliśmy decyzję, aby wyskoczyć do tutejszego aquaparku i tam właśnie naładować baterie. Pogoda już do wieczora deszczowa, ale wierzymy że kolejny dzień przyniesie lepszą aurę.

Dzień 8

Wyruszamy w kierunku Darłówka. Jedziemy przepiękną, widokową trasą rowerową wzdłuż morza, a później dodatkowo z lewej strony mijamy jezioro Kopań. Oj przeurokliwe miejsce na pedałowanie. Po drodze minęliśmy miejscowość Wicie, w której zaliczamy poranną kawkę 🙂

Dojeżdżamy do Darłówka, zatrzymujemy się na pierwszej plaży daleko od centrum, aby naładować baterie. Widzimy jednak, że Zosia – niczym wczorajsza pogoda – jest trochę pochmurna. Tak jak wspomniałem na początku, nasza wyprawa miała być w dużej mierze spontaniczna – jedziemy tyle, ile chcemy i ile czujemy się na siłach. Bez ponagleń i sztywno wyznaczonych celów. Jazda miała być dla nas źródłem radości, a  nie czymś, co musimy robić. 8 dni i 200 przejechanych kilometrów, to naprawdę sporo. Po dłuższych rodzinnych rozmowach podjęliśmy zatem decyzję  – stop, kończymy. Tutaj zostajemy. Jednocześnie jednak już powstają plany na kolejny rok: będziemy jechać z zachodu na wschód! Do zobaczenia zatem na szlaku 🙂

I tak dotarliśmy do celu naszej wędrówki, a dla mnie osobiście spełniło się kolejne marzenie: rowerowa, rodzinna wyprawa. Mam nadzieję, że pozostanie na długo w naszych sercach i głowach i nieraz jeszcze będziemy ją z radością wspominać.

Miłego!

 

Wierchomla ach ta Wierchomla…

Dzień drugi rozpoczęliśmy w Wierchomli Wielkiej, gdzie spędziliśmy noc w agroturystycznym gospodarstwie. Przesympatyczne miejsce i równie sympatyczny właściciel, który na dodatek serwuje pyszny serek, wytwarzany z mleka, pochodzącego z własnej hodowli krów. Jest tu i swojsko i klimatycznie, szczerze polecamy, a sami też chętnie tu wrócimy, jeśli tylko będziemy gdzieś w okolicy.

Dalszy etap wędrówki rozpoczęliśmy od parkingu górnej stacji Wierchomli, czyli Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla. Stąd, czarnym szlakiem szliśmy w kierunku „Bacówki nad Wierchomlą” – schroniska PTTK, od którego dzieliło nas – według napisu na tabliczce informacyjnej – nieco ponad dwa kilometry.  Cóż, my ten odcinek pokonaliśmy w niecałe dwie godziny, idąc dość wolno. A właściwie to całkiem wolno. W sumie to tak wolno, że minęło nas pięć, albo sześć grup. Humorów jednak nam to nie popsuło. W tym sporcie, tempo osiągania szczytów naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się atmosfera wyprawy, chęci uczestników, sama wędrówka, bycie razem i to, że wspólnie możemy delektować się tą właśnie chwilą. Że jesteśmy razem tu i teraz. Dlaczego o tym mówię? Bo wydaje mi się, że często zapominamy, co w takich rodzinnych wyprawach jest najważniejsze. Stawiamy sobie wysokie cele i albo staramy się przejść jak najszybciej z punktu A do punktu B, albo narzucamy sobie dłuższą trasę, a przecież nie o to chodzi, by bić jakieś kolejne rekordy, po drodze tracąc całą przyjemność z wędrówki. U nas podejście do pieszych wycieczek zmieniło się diametralnie, gdy pojawiły się nasze dzieciaki. Wcześniej, kiedy znaki pokazywały czas przejścia 1,5 godz., my tę trasę pokonywaliśmy w 45 min. Teraz taką trasę robimy w 3 godziny. I szczerze mówiąc: jesteśmy o wiele bardziej szczęśliwi.

 

 

Wracając do naszej wędrówki, sama trasa z pewnością nie była ani trudna, ani wymagająca. W sam raz na otwarcie sezonu. Duża część szlaku prowadzi szeroką drogą przez las. Widoki zaczynają się właściwie dopiero na samym końcu, w przeciwieństwie zatem do Chaty Magóry, gdzie widoki mogliśmy podziwiać nieomal przez całą trasę.
Ale za to panorama, jaka nam się ukazała na finiszu, naprawdę zapierała dech w piersi. Widok, jaki się tam rozpościera jest tak niesamowity, że człowiek nie ma ochoty wracać. Najchętniej zostałby na miejscu i podziwiał tylko zmieniające się formacje chmur nad szczytami górskimi. Naprawdę pięknie.

W samym schronisku dużo ludzi – co właściwie jest normą,  bo to naprawdę często odwiedzane miejsce. Jednak  na szczęście jest tu na tyle przestrzeni, że każdy znajdzie kawałek miejsca dla siebie, tak, by móc w spokoju i ciszy delektować się widokami. I potrawami. Bo kuchnia w schronisku przesmaczna. Ja oczywiście dokonałem znów nowego odkrycia kulinarnego (kolejny dzień to i kolejne odkrycie). Tym razem był to kugiel – tak pyszny, że miałem wrażenie jakbym odkrył całkiem nowe, nieznane mi dotąd kubki smakowe.

Dużym plusem naszej wprawy, a całkowicie od nas niezależnym, była piękna pogoda. Dzięki temu mogliśmy w pełni korzystać z uroków okolicy i cudnych widoków. Choć samo schronisko  przygotowane jest również i na mniej sprzyjającą aurę. Gdy nadciągają chmury burzowe lub pada rzęsisty deszcz, można podziwiać siłę żywiołu z pięknego, zabudowanego i oszklonego tarasu. Ponoć można również skorzystać z wolnostojącej drewnianej sauny fińskiej – jeszcze nie próbowaliśmy, będzie zatem po co wracać.

Podsumowując, te dwa piękne dni otwarcia sezonu były przecudne. Życzę sobie i Wam, by każde kolejne wypady odbywały się w takiej aurze, takim otoczeniu i oby cały rok obfitował w tak niezapomniane chwile.

Trochę cyferek:

Czarny szlak z Wierchomli Małej, 266 metrów przewyższenia.
+/ 1,8km w jedną stronę.
+/ 1h 45min z dziećmi w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka ciężko raczej.
Zimą raz nie dotarliśmy, ale to wpis na inną okazję 🙂

Miłego!

Pierogi z pokrzywą, niebo w górach…

Sezon górskich wycieczek rozpoczęliśmy w tym roku od Piwnicznej. To małe, urokliwe miasteczko położone w Beskidzie Sądeckim powinno zainteresować zarówno miłośników XIX-wiecznej architektury, górskich wędrówek, jak i … lodów. Na tutejszym ryneczku można bowiem podziwiać Ratusz, czy XIX wieczne domy mieszczańskie, można zjeść przepyszne lody wg lokalnych receptur, a można również – tak jak my – wybrać się do Chaty Magóry.

 

 

Przyznam, że cel naszej pierwszej w tym roku górskiej wędrówki był dość przypadkowy. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, nic też bliżej o niej nie wiedzieliśmy – ot, szukając informacji o Chatce na Obidze, natrafiłem na informacje o Chatce Magóry – czynnej cały rok (także zimą!), oferującej noclegi i dobre (jak się później okazało) jedzonko. A że od Krakowa niedaleko, okolice ciekawe, z opisu wyglądało intrygująco – postanowiliśmy sprawdzić osobiście. I tym sposobem znaleźliśmy się w Piwnicznej, skąd dojechaliśmy do Kosarzysk, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak. Z informacji wynikało, że trasa dość łagodna, a przewidywany czas dotarcia do Chaty – 1 godzina.

W teorii tak, ale ponieważ w naszej ekipie było pięcioro dzieci to – jak łatwo przewidzieć – czas wędrówki „nieco” nam się wydłużył. Swoją drogą, zawsze zastanawia mnie to, ile faktycznie dzieciaki robią kilometrów podczas takich wojaży. Dorośli, wiadomo, jest szlak, to od punktu do punktu idą przed siebie, krok po kroku zmierzając do celu. A dzieci? Każdy, kto był na takiej pieszej wędrówce z maluchem, wie jak to wygląda w rzeczywistości: kręci się taki maluch, jak po orbicie, to podbiegnie do przodu, to skręci, żeby sprawdzić, czy to strumyk gdzieś nie szumi, albo co jest za tym wzniesieniem/drzewem, albo co to za kamień leży 300 metrów dalej… i tak przebyte kilometry mnożą się i mnożą.

Tak, czy owak nam trasa zajęła w sumie dwie godzinki. Z resztą sama trasa bardzo przyjemna, z fantastycznymi widokami, że co rusz i dzieci i my – dorośli – robiliśmy wielkie Łał! Co do trudności, to trasa raczej z kategorii umiarkowanych. Miało być co prawda łatwo, bo to przecież dopiero początki sezonu, ale w praktyce okazało się, że jest kilka dość stromych podejść. Oczywiście – jak widać na naszym przykładzie – do przejścia.  Po drodze minęliśmy kilka gospodarstw, położonych z dala od tzw. cywilizacji. Sama Chata Magóra znajduje się na wysoko położonej polanie. I tu już pierwsza niespodzianka, bo na polance tej pasły się konie. Okazuje się, że przy Chacie działa Ośrodek Jazdy Konnej, zatem za opłatą zgodną z cennikiem, możemy np. podziwiać górskie widoki z końskiego grzbietu.

Sama chata urokliwa w swej prostocie. Można też skosztować domowej kuchni. I tu polecam coś, co mnie osobiście absolutnie zaskoczyło, ale i zachwyciło, a  mianowicie: pierogi z pokrzywą. Niebo w ustach! Naprawdę. Wyśmienite. Nigdy wcześniej nie próbowałem, a już wiem, że ja tu po nie wrócę.

Z resztą warto tu wracać choćby ze względu na sam klimat miejsca: swojsko, przytulnie, piękne widoki, zieleń dookoła, czyste powietrze, szum drzew… cisza i spokój. No może to ostatnie akurat nie… Przy piętce dzieci o spokój raczej trudno, ciszę też. Zwłaszcza, że spotkaliśmy akurat przesympatycznych młodych ludzi, pełnych zapału do grania i śpiewania, którzy swą radosną twórczością umilili nam odpoczynek. Z resztą jeden z ich utworów, nagrany specjalnie dla nas, możecie odsłuchać poniżej. Cóż, zamiast ciszy i spokoju, pełna radości wrzawa – też miło. Tak, czy owak odpoczęliśmy.

Trasa powrotna już łatwiejsza, bo z górki. W sumie jakieś 3 km, choć dzieci na pewno znów nadrobiły nieco kilometrów. Muszę im chyba kiedyś założyć jakieś urządzenie do pomiaru przebytej drogi, żeby sprawdzić ile tak naprawdę przechodzą podczas naszych wycieczek.

Nieco zmęczeni dotarliśmy po 19-tej do agroturystyki ekologicznej w Wierchomli Wielkiej, którą szczerze polecamy na nocleg. Przesympatyczni ludzie, cudna okolica, a co najważniejsze: bez zasięgu GSM! Bardzo pozytywne oderwanie od świata. Następnego dnia co prawda gospodarz zdradził mi miejscówkę, gdzie zasięg można „złapać”. Aby tam dotrzeć, trzeba jednak kilkaset metrów pod górę pokonać, no i w sumie: po co?

Zwłaszcza, że na miejscu wszystko, czego trzeba i do tego jeszcze pyszne jedzonko. Zostaliśmy ugoszczeni swojskim serkiem, wytwarzanym na miejscu z mleka krowiego – pychotka. A podobno tutejsze pstrągi jeszcze lepsze. Na pewno wrócimy i sprawdzimy.

Generalnie, otwarcie sezonu mega pozytywne, mnóstwo wrażeń i naładowane energią baterie. Polecamy.

 

Trochę cyferek:

Niebieski szlak z Korsarzysk, 266 metrów przewyższenia.
+/– 3km w jedną stronę.
+/ 2h 45min z dziećmi i jednym piknikiem na trasie w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka do zaczepienia na szelkach powinna wejść, ścieżki są raczej szerokie/szutrowe trasy.
Polecamy nocleg http://www.kucz.piwniczna.pl
Miłego!