Posts tagged rower

Świnoujście. Miasto rowerzystów.

Przyznaję, że Świnoujście zachwyciło mnie od samego początku. Wstyd przyznać, że po tylu latach życia w Polsce, dopiero teraz trafiłem na to miasto, ale fakt jest taki, że byłem tam po raz pierwszy. I muszę przyznać, że zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że jest to miasto, w którym rządzą rowerzyści: na ulicach, na trasach, wszędzie. Nic dziwnego, po prostu mają gdzie jeździć. Jest tu bowiem bardzo dużo tras rowerowych i to znakomicie zaplanowanych oraz przygotowanych.

Pojechaliśmy nad morze do Świnoujścia na 7 dni. Chcieliśmy popedałować, trochę pozwiedzać, troszkę zahaczyć o zachodnią granicę. Wszystko jednak bez większych planów. Po prostu: jedziemy, pedałujemy, zwiedzamy, odpoczywamy, relaksujemy się.

Ważne jest też to, że Leon (nasz syn) dopiero rozpoczął swą rowerową przygodę tak na 100%. Wskoczył bowiem na rower 20-calowy, a to znaczy że nie ma już drążka. A jak nie ma drążka to automatycznie zmniejszają się możliwości zasięgowe takiego małego rowerzysty. Dziecko nie zrobi wszak 50 km dziennie, bo będzie to dla niego po prostu za dużo. Planując nasze wyprawy, musieliśmy wziąć to pod uwagę. Duże znaczenie dla jazdy dziecka bez pomocniczego hola jest teren, po którym pedałujemy. Mieszkając w Małopolsce, a dokładniej w gminie Wielka Wieś, na co dzień mamy do czynienia z terenem bardzo pagórkowatym i nawet krótkie wycieczki są dość wymagające. Pomijając fakt, że generalnie nie mamy ścieżek rowerowych. Nie mówię tu o trasach, na których są oznakowania, a które prowadzą po prostu drogą asfaltową, tylko o prawdziwych trasach rowerowych. A takowych w Świnoujściu nie brakuje. S a to trasy dobrze przygotowane, oznakowane, szerokie, odpowiednio oznakowane i w miarę bezpieczne. Ponadto teren jest dużo łatwiejszy, bo płaski. Dzięki temu Leon osiągał tu bardzo dobre wyniki. Jego rekord to 30 km zasięgu w ciągu jednego dnia pedałowania.

Ale zacznijmy od początku: Dzień 1

Lądujemy w Świnoujściu i co robimy? Uciekamy na Zachód! Tak, tak – chcieliśmy od razu zakosztować tej niemieckiej jakości rowerowej, a ponieważ mieszkaliśmy blisko przejścia granicznego z Niemcami, ruszyliśmy główną trasą rowerową, która prowadzi na promenadę miast typu Ahlbeck i dalej, aż do Bansin. I tam właśnie się wybraliśmy. Na początek – niemiła niespodzianka. Dowiedzieliśmy się, że będąc turystą jednodniowym w Niemczech, powinniśmy zapłacić opłatę klimatyczną. Niby nie dużo, bo 6 euro, ale pan skasował nas 30 zł (bo nie mieliśmy euro, a karta nie działała), co w skali tygodnia może dać sumę nawet 200 zł. Oczywiście po zapytaniu rodowitych mieszkańców Świnoujścia jak to jest z tą opłatą, okazało się, że oni w życiu czegoś takiego nie zapłacili. Zatem, rada dla oszczędnych: nie zatrzymuj się przy automatach z opłatą klimatyczną, a nie pojawi się sympatyczny pan, który powie : „6 euro”.

A wracając do trasy: ścieżki bardzo fajne, a mijane miasteczka urocze. To takie maleńkie, prowincjonalne miejscowości, całkiem inne od przemysłowego i portowego Świnoujścia. Stąd też urok takich małych, wiejskich, przytulnych willi i pensjonacików po niemieckiej stronie bardzo nas urzekł. A sama promenada świetnie przygotowana – jak to z niemieckim porządkiem – równo i perfekcyjnie. Pierwszego dnia popedałowaliśmy do Bansin, czyli do miejscowości, po której zaraz zaczynają się przepiękne klify. Opowiem o nich później, gdyż wybrałem się na nie sam. Mieliśmy już bowiem przejechane ok. 9 km i doszliśmy do wniosku, że na początek to całkowicie wystarczy.

Zawróciliśmy nieco inną trasą – zjechaliśmy do jeziorka, skąd niebieskim szlakiem mieliśmy wrócić do Ahlbecku. I tu druga niespodzianka: nie udało się nam, bo zgubiliśmy szlak. Słynna, niemiecka perfekcja skończyła się wraz ze szlakiem, który – wg mnie – został po prostu źle wytyczony, czy też opisany. Stad też, będąc tu po raz pierwszy po prostu go zgubiliśmy, choć mieliśmy ze sobą mapę.

W kolejnych dniach dużo pedałowaliśmy, ale i często wypoczywaliśmy na plażach. Uwielbiamy w taki sposób pożytkować czas nad morzem – dzieci maja relaks, czas na pluskanie w wodzie – my z resztą też. To chyba najlepszy sposób na udany wypoczynek: łączenie aktywności fizycznej z czasem na plaży, na lody, czy pyszne jedzonko.  

Dzień 2 był dniem jazdy po Świnoujściu i jego zwiedzania. Przejechaliśmy obok Fortu Zachodniego, przez port i przeprawiliśmy się promem do bardziej przemysłowej części miasta, gdzie zwiedziliśmy latarnię morską. Ciekawy punkt, ale sama trasa – jak dla mnie – nie była jakoś bardzo atrakcyjna. Może po prostu dlatego, że ja osobiście bardziej lubię bliskość morza i kontakt z naturą.

W trzecim dniu popedałowaliśmy w stronę Zalewu Szczecińskiego, wzdłuż trasy promu dla turystów. Znajduje się tam kanał, wzdłuż którego przebiega fajna trasa rowerowa, betonowa, bardzo dobrze przygotowana. Potem zapedałowaliśmy do samego końca cypla.  Akurat w tym dniu  zrobiliśmy najwięcej kilometrów.  Wpłynęła na to m.in. pogoda. Mocny wiatr, brak słońca zniechęcały do plażowania, zatem zamiast wylegiwać się na piachu więcej czasu przeznaczyliśmy na pedałowanie. Co prawda dzieciaczki po przejściu do najbardziej wysuniętego punktu na wyspie Uznam były nieco zdziwione. (żeby nie powiedzieć: rozczarowane). No bo jak to: żadnych atrakcji? Siwe czaple i tyle? Postanowiliśmy zatem w następnych dniach nieco więcej czasu poświęcić na odpoczynek plażowy.

Natomiast sama trasa, owszem przyjemna, choć znów się pojawił pewien niedosyt. Może przez pogodę, która nie dopisała? Trudno powiedzieć, ale: pojechaliśmy, zobaczyliśmy.

Kolejne dni już ciekawiej. Wybraliśmy się samochodem przeprawą promową na wyspę Wolin, a tam dotarliśmy do Wolińskiego Parku Narodowego, przez który prowadzi bardzo fajna ścieżka czerwona. Przy okazji zobaczyliśmy zagrodę Żubrów, a finalnie zrobiliśmy tam jakieś 15 km w przepięknym miejscu. I chyba tego mi w ostatnich dniach brakowało: takiego nacieszenia oka i kontaktu z naturą. Dojechaliśmy nad Jezioro Czajcze, gdzie zrobiliśmy parę ujęć (polecam na video) coś pięknego, cud natury, cisza, spokój – magicznie. Powrót przez Woliński Park Narodowy, trasa prowadząca troszkę przez las, trochę więcej podjazdów, więc nieco trudniej – ale jechaliśmy pełni radości.

Kolejny dzień – czwartek – to czas typowego odpoczynku. Po pierwsze piękna, słoneczna pogoda przyzywała nad morze, po drugie było to akurat Boże Ciało. Z resztą, nawet jeśli nie wyruszamy na żadną wycieczkę, to i tak po mieście poruszamy się rowerem, bo tak jest najwygodniej. Dzięki temu możemy szybko przemieścić się plaży nawet na drugi koniec miasta na pyszne jedzonko. Przy okazji: polecamy „Sól i pieprz”, którą odkryliśmy trzeciego dnia i którą byliśmy naprawdę zachwyceni. Zatem oczywiście i w tym dniu odpoczynku zrobiliśmy parę kilometrów po mieście.

Ostatni dzień wspólnego pedałowania to wycieczka na niemiecką część wyspy Uznam, do jej południowej części, gdzie mieści się stara, rybacka wioska Kamminke z zachowanymi budynkami. Położona w malowniczym miejscu, wysunięta na Zalew Szczeciński w ślicznym i spokojnym otoczeniu.

Przyznaję, że tu zrehabilitowała się w mych oczach owa niemiecka jakość, bo jadąc w lesie do jeziorka Wolgastse, jechaliśmy po asfalcie, który pozwolił nam na komfortową, spokojną i bardzo przyjemną jazdę.  Jeziorko, które zobaczyliśmy było bardzo urokliwe. W pobliżu znajdował się również mały plac zabaw dla dzieci. Nie wiem jednak, czy mnie bardziej nie urzekały jednak te znajdujące się po polskiej stronie, gdzie panowała cisza i spokój i nie było niczego, oprócz natury. Skończyliśmy w Świnoujściu, pętelka wyniosła ok. 25 km.

Ja dołożyłem sobie  jeszcze wycieczkę na klify, których nie zobaczyliśmy pierwszego dnia. I cóż, poza jednym zejściem, gdzie można było delektować się widokiem na morze, nie było zbytniego szału. Po prostu, ścieżka rowerowa w lesie, duża jej część biegnąca przez campingi,  bo taki rejon – nazwałbym go: osiedle campingów.  I tyle.

Finalnie: przejechaliśmy na rowerach ponad 140 km, zrobiliśmy to w pełnym uśmiechu i radości.  Każdy był usatysfakcjonowany każdym dniem. Zjedliśmy przepyszne rzeczy (pozwolę sobie później na małe referencje poniżej, gdzie można zjeść dobrze i co), znaleźliśmy i zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. Także Świnoujście jak najbardziej na tak, ale czy na dłużej niż na siedem dni? Nie wiem, to zostawiam do oceny każdemu z Was. My swoje wypedałowaliśmy i dla nas to Świnoujście to przede wszystkim przepiękne miasto rowerowe z fajnymi szlakami, cudną plażą i zapewne do odwiedzenia ponownego kiedyś w przyszłości.

 

Wybrzeże rowerowo

Jak zapewne wiecie – chwaliliśmy się już tym troszkę – udało nam się przejechać dużą część polskiego wybrzeża rowerami. Chciałbym tym wpisem podzielić się doświadczeniami z tej wyprawy, opowiedzieć jak wyglądało całe to przedsięwzięcie i co działo się na trasie. Może uda mi się Was zainspirować do podobnych wypraw i przekonać do tego, że można, że dzieciaki (w naszym przypadku 6 i 9 lat) mają ogromny potencjał i siłę, by zrobić coś wielkiego.

Dzień 1 Władysławowo – Karwia 18km

Przyjechaliśmy po nocnej podróży do Władysławowa. Najpierw musieliśmy zostawić gdzieś samochód, a ponieważ jego postój miał trwać 8 dni, szukaliśmy miejsca, gdzie mógłby stać spokojnie nikomu nie wadząc, tak, by przypadkiem nam go ktoś gdzieś nie odholował. Udało się znaleźć bardzo fajne miejsce – w samym centrum miasta, na darmowym miejskim parkingu, w sąsiedztwie komisariatu policji.

Potem szybkie pakowanie i ruszamy rowerami na plażę, by czym prędzej przy przywitać morską bryzę. Przed 12-stą byliśmy już na plaży, ale ledwie tam weszliśmy: zimny prysznic na przywitanie. Prawie dosłownie: zimny, mocny, zachodni wiatr i ulewny deszcz. W pięć minut zmokliśmy doszczętnie. Pozostało nam znaleźć jakieś suche miejsce w pobliżu plaży i zjeść coś ciepłego na rozgrzanie. Deszcz na szczęście szybko minął, więc mogliśmy po krótkiej przerwie ruszyć dalej. Jako, że zmęczenie po nocnej podróży nieco dawało nam się we znaki, wyznaczyliśmy sobie za cel Karwię, oddaloną od Władysławowa o 18 km. Po drodze minęliśmy Chłapowo i Jastrzębią Górę. Na odcinku między Władysławowem, a Jastrzębią mamy troszkę pobocza, chwilami chodnik – nie jedzie się wiec źle. Za Jastrzębią jednak czeka nas asfaltowa droga w kiepskim stanie bez pobocza. Musieliśmy bardzo uważać, bo ruch samochodowy jest tu bardzo duży, a liczne dziury utrudniały jazdę skrajem drogi. Nie polecam tego odcinka. Lepiej wybrać dłuższą trasę R10, my niestety nie mieliśmy tym razem na to czasu, ale następnym razem skorzystamy raczej z tej opcji. Na szczęście udało się bezpiecznie dotrzeć do Karwi, gdzie znaleźliśmy nocleg i mogliśmy odpocząć przed kolejnym dniem przygody.

 

Dzień 2 Karwia – Lubiatowo 

Wstajemy w Karwi, pakujemy cały sprzęt, co średnio zajmuje nam to 1,5 godz. Jest też miłe śniadanko, bajki dla dzieci i radosne podekscytowanie kolejnym dniem wyprawy. Ruszamy za zachód, bez bliżej określonego celu. Założenie było takie, że pedałujemy wtedy, kiedy nam się chce, gdy są do tego warunki, tylko tyle ile chcemy w danym czasie – bez wyznaczonego sztywno celu. Byle na zachód i zobaczymy co przyniesie nam trasa i kolejny dzień. Nie chcieliśmy by była to sztywno zaplanowana trasa do zrealizowania, ale wspólnie przeżyta przygoda, pełna pozytywnych emocji, którą wszyscy na długo zapamiętamy. Muszę przyznać, że takie założenie daje duże poczucie wolności. Pedałowanie przez te kilka dni, ciągłe zmiany otoczenia, brak ciśnień, że gdzieś trzeba zdążyć, gdzieś dotrzeć, nowe miejsca do spania, plażowania, czy jedzenia, nowo poznani ludzie – wszystko to dało nam niesamowite poczucie radości z odkrywania nowego i wolności płynącej ze świadomości, ze nic nie musimy. Cudowny stan.

Tego dnia zrobiliśmy trasę od Karwi aż do Lubiatowa po drodze mijając Dębki, Białogórę. Droga wiodła głównie szlakiem nadmorskim R10 plus szlakiem czerwonym, choć często ją modyfikowaliśmy w zależności od potrzeb. Trasa prześliczna, w dużej części prowadząca przez lasy. W Białogórze zrobiliśmy postój w fajnej knajpce w centrum miasta. Do Lubiatowa dotarliśmy popołudniu i po szybkim rozpakowaniu na noclegu, ruszyliśmy rowerami na plażę. Samo Lubiatowo to specyficzne miejsce. Położone nieco dalej od plaży (15 minut pedałowania) idealne jest dla tych, którzy lubią ciszę i spokój.

 

Dzień 3 Lubiatowo – Łeba

Ruszamy z Lubiatowa w stronę Kopalino, a stamtąd z ulicy Bursztynowej na szlak pomarańczowy rowerowy i co się okazuje: szlak byłby bardzo ciekawy i fajny, gdyby nie to, że często występowały na nim piaski. Dojechaliśmy do Stilo troszeczkę zmęczeni, ten odcinek zajął na nieco więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Na szczęście w miejscowości Osetnik zresetowaliśmy siły i zjedliśmy przepyszne przystawki rybne. I ruszyliśmy dalej, kierując się w stronę Łeby rowerowym szlakiem czerwonym. Jechaliśmy północną częścią, nad jeziorem Sarbsko, gdzie po drodze mijamy sporo przeszkód piaskowych, w tym górę Piaszczystą, przez którą przeciskanie rowerów i przyczepki nie jest zbyt przyjemne. Stąd też w Łebie byliśmy dopiero po godz. 16, gdzie trafiliśmy do bardzo niesmacznego baru mlecznego w centrum miasta (nie polecamy), a potem szybciutko znaleźliśmy nocleg. To był dzień, w którym zmęczenie wzięło górę i nie poszliśmy nad morze, by złapać trochę słońca i powietrza – zasnęliśmy w pokoju.

Dzień 4 Łeba – Kluki

Wyruszamy z Łeby. Trasę mamy zaplanowaną przez Żarnowską, Gać, Izbicę i Kluki. W Klukach zobaczymy co dalej. Jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym pod jezioro Łebsko. Najpierw Żarnowska – dosyć szybki dystans, trasa żwirowo- szutrowa dosyć fajna. Później obszar ochrony ścisłej Bielice w Słowińskim Parku Narodowym i tutaj bardzo piękny, urokliwy las – dosyć stary, przycieniony, pełen traw i paproci. Baśniowy klimat. Zatrzymaliśmy się po drodze przy torfowisku Wielkiego Bagna, gdzie jest pomost. Jedziemy dalej, aż dojeżdżamy do Gać. Miejscowość typu: koniec świata. Asfalt skończył się dużo wcześniej, ścieżka kończy się gdzieś w lesie. Chleb dowożą tutaj busami. Mieszkańcy – głównie starsi ludzie. Zastanawiałem się, jak oni sobie radzą w zimie w tym miejscu odciętym od świata, w dość surowych warunkach.

Potem Izbica, gdzie dowiadujemy się od lokalnych informatorów przy sklepie, że szlak, którym mieliśmy jechać – czerwony przez Ciemińskie Błota – jest po prostu jednym wielkim błotem, a dokładniej bagnem. Nieprzejezdnym. Musimy je ominąć, jadąc troszeczkę na południe przez Zgierz, później Borek Skórzyński i wracać dopiero do miejscowości Kluki, gdzie też może być nieciekawie, bo za rzeczką Pustynka również czeka nas bagienny teren. Świetnie… Jest już popołudnie, trochę dystansu jeszcze do przebycia, a tu takie niespodzianki, ale cóż, jedziemy. Omijamy Ciemińskie Błota po drodze spotykając ludzi, którzy wracając potwierdzają, że teren jest nieprzejezdny. Jadąc dalej spotkaliśmy Czecha, który jechał z Kluk i pocieszył nas nieco mówiąc, że do Kluk da sie przejechać. Zatem jedziemy. 1,5 km przed Klukami, na pomostku zaczyna się znów robić nieciekawie, pojawia się błoto, a właściwie bagno. Na szczęście w tym roku zostały zbudowane specjalne drewniane przejazdy rowerowe, szkoda, że nie całym dystansie tylko co ileś metrów, stąd też trzeba chwilami popchać rower przez bagna. Finalnie w okolicach godz. 16 – 17 lądujemy w miejscowości Kluki, a dokładniej w Karczmie u Dargoscha, gdzie spożywamy przepyszny obiad.  Co dalej? Nie wiemy. Sklepu nie ma, z noclegami również dosyć ciężko. Zatem rozbijamy pierwszy raz namiot i nocujemy pod gołym niebem.

Dzień 5

Po złożeniu namiotu i spakowaniu bagaży, co zazwyczaj w naszym przypadku trwa to koło 1,5h ruszyliśmy czerwonym szlakiem, prowadzącym do jeziora Dołgie Duże w kierunku Smołdzińskiego Lasu. Docelowo chcemy dojechać do Rowów, co też udaje się nam bardzo szybko i przyjemnie. Podróżujemy w rejonie Słowińskiego Parku Narodowego i muszę przyznać, że jest to obszar naprawdę pełen uroku. Zarówno jezioro Dołgie Duż, Dołgie Małe, jak i ogromne jezioro Gardno są przepiękne, a pomosty dają możliwość, by chwilę odpocząć i zrelaksować się w ciszy i spokoju na łonie natury. Polecam – świetna energoterapia 🙂

Krótko o trasie: tego dnia zrobiliśmy 21,4 km i była to jedna z najprzyjemniejszych i dobrze przygotowanych tras rowerowych. Cały odcinek północny nad jeziorem Gardno został zagospodarowany podłożem tzw. suchym betonem, co dawało duży komfort pokonania trasy. Dzieci tak się „zagadały” podczas pedałowania, że kiedy dojechaliśmy do Rowów stwierdziły ze zdumieniem: to już jesteśmy?!

Podsumowując, Rowy to idealne miejsce dla rodzin/rowerzystów. Mamy tu również do dyspozycji trasę wokół jeziora Gardno, którą przebyłem z Zosią jak miała 5 lat w przyczepce i też bardzo dobrze ją wspominam. Dodatkowo jest świetny szlak do Ustki, ale… to już kolejny dzień.

 

Dzień 6

Ruszamy z Rowów do Ustki. Jak już wspomniałem, to kolejna moja ulubiona trasa, która wiedzie szlakiem zwiniętych torów. Rewelacja! Naprawdę.  Generalnie oceniam trasę pod względem podłoża i tutaj – poza krótkim odcinkiem piasku – było wręcz idealnie. 24 km dobrej nawierzchni plus ładne otoczenie sprawiły, że do Ustki dotarliśmy naprawdę w szybkim tempie. Dużo czasu za to zajęło nam znalezienie noclegu. Musze przyznać, że to właśnie poszukiwanie miejsca do spania każdego dnia w nowym miejscu było największym problemem logistycznym, zwłaszcza, że potrzebowaliśmy noclegu tylko na jedną noc. Niestety, 90% ludzi odmawiało nam przyjęcia – smuteczek. Mimo tych przejściowych kłopotów udało nam się w Ustce znów wyskoczyć popołudniem na plażę i podładować baterie przed kolejnym dniem.

Dzień 7

A kolejny dzień – oj nie był już taki prosty. Po pierwsze w planach mieliśmy dotrzeć do Jarosławca, a niestety duża część trasy wiedzie po drodze asfaltowej średnio uczęszczanej przez samochody. Po drugie mieliśmy do pokonania aż 36km!!! Tak, tak, udało się i to nawet z całkiem dobrym wynikiem czasowym. W Jarosławcu niestety plaża przywitała nas deszczowo, ale dzięki temu podjęliśmy decyzję, aby wyskoczyć do tutejszego aquaparku i tam właśnie naładować baterie. Pogoda już do wieczora deszczowa, ale wierzymy że kolejny dzień przyniesie lepszą aurę.

Dzień 8

Wyruszamy w kierunku Darłówka. Jedziemy przepiękną, widokową trasą rowerową wzdłuż morza, a później dodatkowo z lewej strony mijamy jezioro Kopań. Oj przeurokliwe miejsce na pedałowanie. Po drodze minęliśmy miejscowość Wicie, w której zaliczamy poranną kawkę 🙂

Dojeżdżamy do Darłówka, zatrzymujemy się na pierwszej plaży daleko od centrum, aby naładować baterie. Widzimy jednak, że Zosia – niczym wczorajsza pogoda – jest trochę pochmurna. Tak jak wspomniałem na początku, nasza wyprawa miała być w dużej mierze spontaniczna – jedziemy tyle, ile chcemy i ile czujemy się na siłach. Bez ponagleń i sztywno wyznaczonych celów. Jazda miała być dla nas źródłem radości, a  nie czymś, co musimy robić. 8 dni i 200 przejechanych kilometrów, to naprawdę sporo. Po dłuższych rodzinnych rozmowach podjęliśmy zatem decyzję  – stop, kończymy. Tutaj zostajemy. Jednocześnie jednak już powstają plany na kolejny rok: będziemy jechać z zachodu na wschód! Do zobaczenia zatem na szlaku 🙂

I tak dotarliśmy do celu naszej wędrówki, a dla mnie osobiście spełniło się kolejne marzenie: rowerowa, rodzinna wyprawa. Mam nadzieję, że pozostanie na długo w naszych sercach i głowach i nieraz jeszcze będziemy ją z radością wspominać.

Miłego!