Posts tagged 4 lata

Kozia Górka i już!

Kolejna niespodziewana, nieplanowana wycieczka w góry. Albo raczej zaplanowana w tak zwanej „ostatniej chwili”. Wszystko dlatego, że niedziela miała być dla nas dniem odpoczynku, nie planowaliśmy akurat w tym dniu żadnych wypraw. Ale dzwoni brat z zapytaniem: „Co porabiacie? Jakie macie plany?” I tak od słowa do słowa… dwie godziny później byliśmy już pod wejściem na Kozią Górkę. Tym razem od strony Bielska-Białej zielonym szlakiem, zazwyczaj bowiem zdobywaliśmy kozią szlakiem niebiesko-czerwonym od Bystrej Śląskiej.

Dlaczego akurat to miejsce? Bo potrzeba zaledwie 1 godziny, by dotrzeć do schroniska znajdującego się na szczycie. Szczyt to bowiem niewielki, a cała trasa wynosi raptem 1 km 800 metrów – bardziej to zatem przyjemny spacerek niż górska wspinaczka.

Z resztą ta łatwość w pokonaniu trasy do schroniska to jeden z powodów tego, że Kozia Górka jest dość często odwiedzana przez pobliskich mieszkańców. Zwłaszcza przez bielszczan, dla których to ciekawa opcja spędzenia czasu poza miastem.

Kolejnym atutem tego miejsca, przyciągającym sporą liczbę ludzi są prześwietnie przygotowane rowerowe trasy zjazdowe, downhill’owe o różnym stopniu trudności. Każdy miłośnik zjazdów rowerowych – niezależnie od swego wieku i umiejętności – znajdzie tu coś dla siebie. Widzieliśmy i osoby starsze i naprawdę małe szkraby wspinające się na rowerach pod górę, by potem zjechać szlakiem zielonym bądź innym. Wszystko jest naprawdę świetnie zorganizowane i zabezpieczone – trasy rowerowe biegną inną częścią lasu niż piesze, więc jedni uczestnicy nie przeszkadzają pozostałym.

Wejście na górę zajmuje niecałą godzinkę,  przewyższenia mamy ok. 250m, zatem całkiem przyjemny spacerek. Idzie się w dość interesującym otoczeniu, bo trasa prowadzi starym, nieczynnym już torem saneczkowym. Co jakiś czas spotykamy więc na swej drodze betonowe zakręty, które dodają uroku tej trasie i zmieniają nieco perspektywę chodzenia po górach.

Na miejscu jesteśmy ok. 14-stej. Jest jeszcze spory tłum, ale też i sporo miejsca dla każdego. Wyciągamy zatem kocyki i jedzonko. Mieliśmy też coś do upieczenia na ognisku – to też jeden z uroków tego miejsca, że zawsze można sobie upiec coś na ognichu przy schronisku. Dodatkowo zabraliśmy ze sobą paletki do speed babingtona i oczywiście pograliśmy troszeczkę. Taka gra na świeżym powietrzu to sama przyjemność , która dostarcza fajnych bodźców i pozytywnych emocji. Naprawdę przyjemna rozrywka, polecam każdemu, zwłaszcza, że same paletki ważą niewiele, wiec ich przyczepienie do plecaka nie powoduje żadnych obciążeń.

Jakby jeszcze było mało atrakcji, to (co najważniejsze dla dzieciaczków) przy schronisku znajduje się fantastyczny plac zabaw – chyba najlepszy, jaki do tej pory widzieliśmy przy polskich schroniskach. Naprawdę fajne place zabaw widzieliśmy za granicą w austriackich górach, gdzie parki górskie są rewelacyjne. Ale – wracając do naszych rodzimych atrakcji – Kozia Górka jest naprawdę świetnie przygotowana na odwiedziny rodzin z dziećmi.

Popularność tego miejsca wynika właśnie z tego, że niezależnie od tego, czy jesteś rowerzystą, czy pieszym, czy wybierasz się sam, czy z rodziną – znajdziesz coś dla siebie.  To świetna alternatywa na szybki, nieplanowany wypad.  Nawet popołudniu można startować, bo wyjście i zejście nie zajmuje dużo czasu, a przyjemność bycia jest po prostu bezcenna.

Maciejowa – poszukiwacze słońca część 2

Jak już  pisałem w poprzedniej części, pogoda w dniu wczorajszym zmieniła nasze plany z wycieczki dwudniowej na Durbaszkę z noclegiem na dwie wycieczki jednodniowe. Znalezione słońce na koniec wczorajszej wyprawy na Magurkę, wzbudziło w nas nadzieję, że i dziś uda nam się złapać kilka ciepłych promieni.  A co najważniejsze: dzieciaki zachwycone. Nowe znajomości i pierwsze wyjście w góry, dały tak pozytywny i energetyzujący zastrzyk, że pragnęły kolejnej wycieczki. Co nas oczywiście bardzo ucieszyło. My sami jesteśmy „zarażeni” aktywnością rodzinną odkąd pamiętam, właściwie towarzyszy nam ona od samych początków naszej rodziny, odkąd tylko pojawiła się Zosia.

Cieszy nas ogromnie, gdy taką samą radością – płynącą z tej aktywności – możemy zarażać innych ludzi. Wierzę, że spalanie energii podczas wysiłku uwalnia w mózgu  bardzo pozytywnie oddziałujące endorfiny. Pomimo zmęczenia czuje się błogą radość. Efekt wyjścia w góry jest więc bardzo przyjemny. Dodatkowo: kontakt z naturą, wspólne rozmowy, wygłupy, śpiewanie, skakanie, gonitwy… – wszystko to sprawia, że bycie w górach z innymi staje się bardzo wartościowym doświadczeniem, pozwalającym wzmocnić więzi, które nas łączą. Stajemy się sobie bliżsi. Tego na co dzień, pochłonięci pracą i codziennymi obowiązkami, nie odczuwamy.

Dopiero kiedy wychodzimy, stajemy się wolni: od telewizorów, Internetu, radia, telefonów, słowem, od wszelkich dostępnych mediów, które czasem nieco nas zniewalają, kradną nam nasz czas. W górach odzyskujemy znów tę wolność, jesteśmy bliżej natury i możemy doświadczyć wiele pozytywnych aspektów z tego powodu.

Dzień dzisiejszy – niedziela – 7 maja kieruje nas na Maciejową, Rabka Zdrój. Start spod dawnego wyciągu Rabka Ski (niestety już nieczynnego). Idziemy szlakiem czarnym ok. 2 km, powinniśmy się zmieścić w godzinę.  Podejście nie jest zbyt strome, początkowe większe nachylenie stopniowo się wypłaszcza i dalsza trasa do samego schroniska przebiega już bardzo przyjemnie. Pogoda… no cóż. Dojeżdżamy na miejsce i wita nas mgła, spore zachmurzenie i nisko osadzone chmury. Mimo obaw deszczu, ruszamy w drogę. Uśmiechy n twarzy, radość, szczęście. Czasami jedynie może słabsza kondycja najmłodszego z uczestników, ale pełen szacuneczek że ciągle idzie do góry. Po drodze wymyślamy różne konkurencje, rozmawiamy o rozmaitych przyjemnościach, tworzymy zagadki typu „co to jest”, a jeśli nic już nie pomaga, stosujemy typowe wspomagacze: wzięcie dziecka na ramiona, czy „dwa, jeden, hop-a”. Z tą zabawą radzę uważać i proponuję robić ją na sam koniec wycieczki, a nie na początku, gdy jest ostrzej pod górę, bo można się samemu nieźle zmęczyć.

Do schroniska docieramy po godzinie przyjemnego marszu. Niewiele ludzi choć to długi weekend majowy. Być może z uwagi na niepewną pogodę mniej osób zdecydowało się na wyjście. A tymczasem jest bardzo przyjemnie. Zajmujemy miejsce, zjadamy pyszności, które oferuje nam schronisko. Polecamy „Kotlet drwala” –  tak naprawdę cała rodzina mogłaby sobie nim pojeść, taki z niego gigant. Na dodatek ponoć równie pyszny, jak wielki –  tak mówili inni, bo ja akurat obecnie nie jadam mięsa, więc nie sprawdziłem. Dodatkowo pyszne placki ziemniaczane, zabawy, gry, udostępnione książki dla dzieci w schronisku – bardzo miło spędzony czas.

Co nas urzekło, to aktywny kominek  i ciepło bijące z niego. Palące się drewienko, zastąpiło nam  troszkę to słońce, którego brakowało na szlaku i którego nam brak obecnie na co dzień. Maj nas pod tym względem nie rozpieszcza. Myślę jednak, że nie ma co narzekać. Wszak udało się nam wejść w komplecie, bez żadnych problemów, bez deszczu a za to z dużym ładunkiem radości.

Zeszliśmy troszkę inną ścieżką, ponieważ a trasie do schroniska napotkaliśmy bardzo mocno podtopiony, błotnisty odcinek. Dzieciaki zaliczyły parę podtopień butów, konieczna była zatem  ich wymiana . Przy okazji: pamiętajcie rodzice o  zabieraniu rzeczy na zmianę. Zeszliśmy zatem troszkę bardziej stromą ścieżką, która zaczyna się zaraz przy schronisku, po jego prawej stronie i prowadzi do górnej części wioski, a później do parkingu przy wyciągu. Zejście szybkie, przyjemne, a pogoda jakby troszeczkę lepsza: przejaśniło się nieco, wiatr przedmuchał chmury.

Zatem kolejny dzień, kolejne parę kilometrów ze znajomymi w radości i w poczuciu szczęścia. Polecamy Wam Maciejową.

 Trochę cyferek:
Czarny szlak
z parkingu dawnego wyciągu w Rabce Zdrój, 280 metrów przewyższenia.
+/ 2,2 km w jedną stronę.
+/ 1h 15min z dziećmi w górę ?
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka mogłaby dać radę poprzez ciągnięcie.


Miłego!

 

Poszukiwacze słońca

W sobotę 6 maja mieliśmy zaplanowany wyjazd wraz z nowymi znajomymi w góry, którym chcieliśmy pokazać, że bycie aktywną rodziną jest czymś przyjemnym, wspaniałym i rozwojowym. Czymś, co daje wiele radości jednej i drugiej stronie – zarówno dzieciom, jak i rodzicom.

 

Wyjazd zaplanowaliśmy na Durbaszkę – zarezerwowaliśmy miejsce, wszystko było przygotowane do wyjazdu. Jednakże w sobotę rano okazało się, że plany nasze musimy zmienić. Prognoza pogody na Durbaszce mówiła nam jednoznacznie, że czeka nas tam fala deszczu – efekt zarażania miłością do chodzenie po górach, mógł więc skończyć się efektem odwrotnym… Przyznaję, że szybki przegląd Kaśki w regionie odnośnie warunków pogodowych dał nam możliwość błyskawicznego zorganizowania planu B, czyli wypadu na jednodniową wycieczkę w Magurki w Beskidzie Małym. Do schroniska i z powrotem.  Według prognoz warunki pogodowe miały być tam bowiem dużo lepsze. Szukaliśmy też takiej trasy, która będzie przede wszystkim przyjemna, prosta i łatwa, gdyż jeden z nowych uczestników naszych wypraw ma dopiero niecałe 4 latka – zatem musieliśmy dostosować trasę do jego możliwości.

Na miejsce dotarliśmy po półtoragodzinnej podróży. Przyznaję, że GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że w głębi ducha zastanawiałem się już kilkakrotnie, czy to się na pewno uda i czy nie utkniemy nagle gdzieś na polanie, czy w lesie. Ale udało się – dotarliśmy na miejsce, gdzie okazało się, że pogoda w sumie niewiele różni się od tej, którą właśnie opuściliśmy.  I tu panowało zachmurzenie, a gdzie niegdzie przestrzeń spowijały mgły. Ale nastroje nam dopisywały. Wyruszyliśmy więc w drogę. Po kilkuset metrach na szlaku zielonym do schroniska na Magurce znaleźliśmy pierwszy przystanek z ławeczką, gdzie (jak to zwykle w naszym wypadku bywa) rozpoczęliśmy piknikowanie. Mimo, że pogoda nie sprzyjała, to pyszności, które przygotowała Kasia pobudziły nam i apetyty i dobre humory.

Takie pikniki są bardzo mocno energetyzujące. Poza tym, że jedzenie daje nam energię, to jeszcze odpoczynek podczas takiego postoju dodaje nam mocy, by iść dalej. Widać to najlepiej na przykładzie dzieci, które startują z nowym zapasem energii, zapominając o swym zamęczeniu. Dlatego bardzo polecam. Zabierzcie ze sobą coś pysznego do jedzenia, jakiś koc, czy karimatę, a później, gdy poczujecie zmęczenie, siadajcie i odpoczywajcie. Pikniki oczywiście wydłużają czas dotarcia do celu, ale są elementem, który daje wytchnienie i siłę.

Ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem. Trasa ta należy do niezbyt wymagających. Podejście jest o stałym, niewielkim nachyleniu, a różnica wzniesień nie jest też zbyt duża, ponieważ ruszamy z przełęczy pomiędzy Bielskiem-Białą, a Miedzybrodziem Bialskim, czyli też poziom startu jest dużo wyższy.

Przyznaję, że lubię schronisko na Magurce z kilku względów.  Dotarcie do niego nie jest zbyt trudne, a jest wiele szlaków, które doń prowadzą. Można zatem z różnych stron zdobyć Magurkę i cieszyć się widokami.

Na górę doszliśmy po ok. półtorej godzinie – czyli dość wolno. Myślę, że spokojnie można zaliczyć ten dystans w godzinę… ale radość była ogromna. Radość u dzieci, u znajomych, którzy, gdy zobaczyli z jakim zapałem dzieciaki prą do przodu, to aż nie mogli uwierzyć. Słońca nadal nie złapaliśmy, choć rozchmurzenia były coraz większe i dzięki temu warunki widokowe lepsze. W schronisku jedzenie bardzo smaczne – polecamy naleśniki dla dzieciaczków. Proponujemy równie wyjść na zewnątrz, gdzie jest duża polana i każdy znajdzie miejsce dla siebie, mimo że Magurka jest schroniskiem bardzo popularnym i zawsze tu sporo turystów. Na tak dużej przestrzeni każdy znajdzie jednak miejsce tylko dla siebie. No i te widoki. Budynek, który został wybudowany w ostatnich latach, przystosowany do startów i tras biegowych posiada takie udogodnienie, że można wyjść na jego dach, pokryty zieloną trawą. Stąd możemy podziwiać całą, przepiękną panoramę.

Powrót był już dużo szybszy i dużo łatwiejszy. Właściwie to tylko 2 km, więc zejście trwa niecałą godzinę. Co wspaniałego, to to, że pomimo prognoz i ciężkiej aury wytrwaliśmy do końca. I spotkała nas za to nagroda: słońce. Pojawiło się słońce. Te drobne promyki – bo jak wszyscy wiemy w ostatnich miesiącach pogoda nas raczej nie rozpieszczała nadmiarem słońca – dały nam promyk nadziej na kolejny dzień. Tak, były już plany. Dzieci zeszły wręcz przewspaniałym, radosnym rytmem, a przy samochodach rozpoczęły się rozważania: gdzie jedziemy jutro? co będziemy jutro robić?… Coś wspaniałego – takie zarażanie wyprawami, wycieczkami innych jest naprawdę fantastyczne!

Miłego!

Wierchomla ach ta Wierchomla…

Dzień drugi rozpoczęliśmy w Wierchomli Wielkiej, gdzie spędziliśmy noc w agroturystycznym gospodarstwie. Przesympatyczne miejsce i równie sympatyczny właściciel, który na dodatek serwuje pyszny serek, wytwarzany z mleka, pochodzącego z własnej hodowli krów. Jest tu i swojsko i klimatycznie, szczerze polecamy, a sami też chętnie tu wrócimy, jeśli tylko będziemy gdzieś w okolicy.

Dalszy etap wędrówki rozpoczęliśmy od parkingu górnej stacji Wierchomli, czyli Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla. Stąd, czarnym szlakiem szliśmy w kierunku „Bacówki nad Wierchomlą” – schroniska PTTK, od którego dzieliło nas – według napisu na tabliczce informacyjnej – nieco ponad dwa kilometry.  Cóż, my ten odcinek pokonaliśmy w niecałe dwie godziny, idąc dość wolno. A właściwie to całkiem wolno. W sumie to tak wolno, że minęło nas pięć, albo sześć grup. Humorów jednak nam to nie popsuło. W tym sporcie, tempo osiągania szczytów naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się atmosfera wyprawy, chęci uczestników, sama wędrówka, bycie razem i to, że wspólnie możemy delektować się tą właśnie chwilą. Że jesteśmy razem tu i teraz. Dlaczego o tym mówię? Bo wydaje mi się, że często zapominamy, co w takich rodzinnych wyprawach jest najważniejsze. Stawiamy sobie wysokie cele i albo staramy się przejść jak najszybciej z punktu A do punktu B, albo narzucamy sobie dłuższą trasę, a przecież nie o to chodzi, by bić jakieś kolejne rekordy, po drodze tracąc całą przyjemność z wędrówki. U nas podejście do pieszych wycieczek zmieniło się diametralnie, gdy pojawiły się nasze dzieciaki. Wcześniej, kiedy znaki pokazywały czas przejścia 1,5 godz., my tę trasę pokonywaliśmy w 45 min. Teraz taką trasę robimy w 3 godziny. I szczerze mówiąc: jesteśmy o wiele bardziej szczęśliwi.

 

 

Wracając do naszej wędrówki, sama trasa z pewnością nie była ani trudna, ani wymagająca. W sam raz na otwarcie sezonu. Duża część szlaku prowadzi szeroką drogą przez las. Widoki zaczynają się właściwie dopiero na samym końcu, w przeciwieństwie zatem do Chaty Magóry, gdzie widoki mogliśmy podziwiać nieomal przez całą trasę.
Ale za to panorama, jaka nam się ukazała na finiszu, naprawdę zapierała dech w piersi. Widok, jaki się tam rozpościera jest tak niesamowity, że człowiek nie ma ochoty wracać. Najchętniej zostałby na miejscu i podziwiał tylko zmieniające się formacje chmur nad szczytami górskimi. Naprawdę pięknie.

W samym schronisku dużo ludzi – co właściwie jest normą,  bo to naprawdę często odwiedzane miejsce. Jednak  na szczęście jest tu na tyle przestrzeni, że każdy znajdzie kawałek miejsca dla siebie, tak, by móc w spokoju i ciszy delektować się widokami. I potrawami. Bo kuchnia w schronisku przesmaczna. Ja oczywiście dokonałem znów nowego odkrycia kulinarnego (kolejny dzień to i kolejne odkrycie). Tym razem był to kugiel – tak pyszny, że miałem wrażenie jakbym odkrył całkiem nowe, nieznane mi dotąd kubki smakowe.

Dużym plusem naszej wprawy, a całkowicie od nas niezależnym, była piękna pogoda. Dzięki temu mogliśmy w pełni korzystać z uroków okolicy i cudnych widoków. Choć samo schronisko  przygotowane jest również i na mniej sprzyjającą aurę. Gdy nadciągają chmury burzowe lub pada rzęsisty deszcz, można podziwiać siłę żywiołu z pięknego, zabudowanego i oszklonego tarasu. Ponoć można również skorzystać z wolnostojącej drewnianej sauny fińskiej – jeszcze nie próbowaliśmy, będzie zatem po co wracać.

Podsumowując, te dwa piękne dni otwarcia sezonu były przecudne. Życzę sobie i Wam, by każde kolejne wypady odbywały się w takiej aurze, takim otoczeniu i oby cały rok obfitował w tak niezapomniane chwile.

Trochę cyferek:

Czarny szlak z Wierchomli Małej, 266 metrów przewyższenia.
+/ 1,8km w jedną stronę.
+/ 1h 45min z dziećmi w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka ciężko raczej.
Zimą raz nie dotarliśmy, ale to wpis na inną okazję 🙂

Miłego!

Pierogi z pokrzywą, niebo w górach…

Sezon górskich wycieczek rozpoczęliśmy w tym roku od Piwnicznej. To małe, urokliwe miasteczko położone w Beskidzie Sądeckim powinno zainteresować zarówno miłośników XIX-wiecznej architektury, górskich wędrówek, jak i … lodów. Na tutejszym ryneczku można bowiem podziwiać Ratusz, czy XIX wieczne domy mieszczańskie, można zjeść przepyszne lody wg lokalnych receptur, a można również – tak jak my – wybrać się do Chaty Magóry.

 

 

Przyznam, że cel naszej pierwszej w tym roku górskiej wędrówki był dość przypadkowy. Nigdy tam jeszcze nie byliśmy, nic też bliżej o niej nie wiedzieliśmy – ot, szukając informacji o Chatce na Obidze, natrafiłem na informacje o Chatce Magóry – czynnej cały rok (także zimą!), oferującej noclegi i dobre (jak się później okazało) jedzonko. A że od Krakowa niedaleko, okolice ciekawe, z opisu wyglądało intrygująco – postanowiliśmy sprawdzić osobiście. I tym sposobem znaleźliśmy się w Piwnicznej, skąd dojechaliśmy do Kosarzysk, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak. Z informacji wynikało, że trasa dość łagodna, a przewidywany czas dotarcia do Chaty – 1 godzina.

W teorii tak, ale ponieważ w naszej ekipie było pięcioro dzieci to – jak łatwo przewidzieć – czas wędrówki „nieco” nam się wydłużył. Swoją drogą, zawsze zastanawia mnie to, ile faktycznie dzieciaki robią kilometrów podczas takich wojaży. Dorośli, wiadomo, jest szlak, to od punktu do punktu idą przed siebie, krok po kroku zmierzając do celu. A dzieci? Każdy, kto był na takiej pieszej wędrówce z maluchem, wie jak to wygląda w rzeczywistości: kręci się taki maluch, jak po orbicie, to podbiegnie do przodu, to skręci, żeby sprawdzić, czy to strumyk gdzieś nie szumi, albo co jest za tym wzniesieniem/drzewem, albo co to za kamień leży 300 metrów dalej… i tak przebyte kilometry mnożą się i mnożą.

Tak, czy owak nam trasa zajęła w sumie dwie godzinki. Z resztą sama trasa bardzo przyjemna, z fantastycznymi widokami, że co rusz i dzieci i my – dorośli – robiliśmy wielkie Łał! Co do trudności, to trasa raczej z kategorii umiarkowanych. Miało być co prawda łatwo, bo to przecież dopiero początki sezonu, ale w praktyce okazało się, że jest kilka dość stromych podejść. Oczywiście – jak widać na naszym przykładzie – do przejścia.  Po drodze minęliśmy kilka gospodarstw, położonych z dala od tzw. cywilizacji. Sama Chata Magóra znajduje się na wysoko położonej polanie. I tu już pierwsza niespodzianka, bo na polance tej pasły się konie. Okazuje się, że przy Chacie działa Ośrodek Jazdy Konnej, zatem za opłatą zgodną z cennikiem, możemy np. podziwiać górskie widoki z końskiego grzbietu.

Sama chata urokliwa w swej prostocie. Można też skosztować domowej kuchni. I tu polecam coś, co mnie osobiście absolutnie zaskoczyło, ale i zachwyciło, a  mianowicie: pierogi z pokrzywą. Niebo w ustach! Naprawdę. Wyśmienite. Nigdy wcześniej nie próbowałem, a już wiem, że ja tu po nie wrócę.

Z resztą warto tu wracać choćby ze względu na sam klimat miejsca: swojsko, przytulnie, piękne widoki, zieleń dookoła, czyste powietrze, szum drzew… cisza i spokój. No może to ostatnie akurat nie… Przy piętce dzieci o spokój raczej trudno, ciszę też. Zwłaszcza, że spotkaliśmy akurat przesympatycznych młodych ludzi, pełnych zapału do grania i śpiewania, którzy swą radosną twórczością umilili nam odpoczynek. Z resztą jeden z ich utworów, nagrany specjalnie dla nas, możecie odsłuchać poniżej. Cóż, zamiast ciszy i spokoju, pełna radości wrzawa – też miło. Tak, czy owak odpoczęliśmy.

Trasa powrotna już łatwiejsza, bo z górki. W sumie jakieś 3 km, choć dzieci na pewno znów nadrobiły nieco kilometrów. Muszę im chyba kiedyś założyć jakieś urządzenie do pomiaru przebytej drogi, żeby sprawdzić ile tak naprawdę przechodzą podczas naszych wycieczek.

Nieco zmęczeni dotarliśmy po 19-tej do agroturystyki ekologicznej w Wierchomli Wielkiej, którą szczerze polecamy na nocleg. Przesympatyczni ludzie, cudna okolica, a co najważniejsze: bez zasięgu GSM! Bardzo pozytywne oderwanie od świata. Następnego dnia co prawda gospodarz zdradził mi miejscówkę, gdzie zasięg można „złapać”. Aby tam dotrzeć, trzeba jednak kilkaset metrów pod górę pokonać, no i w sumie: po co?

Zwłaszcza, że na miejscu wszystko, czego trzeba i do tego jeszcze pyszne jedzonko. Zostaliśmy ugoszczeni swojskim serkiem, wytwarzanym na miejscu z mleka krowiego – pychotka. A podobno tutejsze pstrągi jeszcze lepsze. Na pewno wrócimy i sprawdzimy.

Generalnie, otwarcie sezonu mega pozytywne, mnóstwo wrażeń i naładowane energią baterie. Polecamy.

 

Trochę cyferek:

Niebieski szlak z Korsarzysk, 266 metrów przewyższenia.
+/– 3km w jedną stronę.
+/ 2h 45min z dziećmi i jednym piknikiem na trasie w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka do zaczepienia na szelkach powinna wejść, ścieżki są raczej szerokie/szutrowe trasy.
Polecamy nocleg http://www.kucz.piwniczna.pl
Miłego!