Posts by marcin_rojek

Świnoujście. Miasto rowerzystów.

Przyznaję, że Świnoujście zachwyciło mnie od samego początku. Wstyd przyznać, że po tylu latach życia w Polsce, dopiero teraz trafiłem na to miasto, ale fakt jest taki, że byłem tam po raz pierwszy. I muszę przyznać, że zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że jest to miasto, w którym rządzą rowerzyści: na ulicach, na trasach, wszędzie. Nic dziwnego, po prostu mają gdzie jeździć. Jest tu bowiem bardzo dużo tras rowerowych i to znakomicie zaplanowanych oraz przygotowanych.

Pojechaliśmy nad morze do Świnoujścia na 7 dni. Chcieliśmy popedałować, trochę pozwiedzać, troszkę zahaczyć o zachodnią granicę. Wszystko jednak bez większych planów. Po prostu: jedziemy, pedałujemy, zwiedzamy, odpoczywamy, relaksujemy się.

Ważne jest też to, że Leon (nasz syn) dopiero rozpoczął swą rowerową przygodę tak na 100%. Wskoczył bowiem na rower 20-calowy, a to znaczy że nie ma już drążka. A jak nie ma drążka to automatycznie zmniejszają się możliwości zasięgowe takiego małego rowerzysty. Dziecko nie zrobi wszak 50 km dziennie, bo będzie to dla niego po prostu za dużo. Planując nasze wyprawy, musieliśmy wziąć to pod uwagę. Duże znaczenie dla jazdy dziecka bez pomocniczego hola jest teren, po którym pedałujemy. Mieszkając w Małopolsce, a dokładniej w gminie Wielka Wieś, na co dzień mamy do czynienia z terenem bardzo pagórkowatym i nawet krótkie wycieczki są dość wymagające. Pomijając fakt, że generalnie nie mamy ścieżek rowerowych. Nie mówię tu o trasach, na których są oznakowania, a które prowadzą po prostu drogą asfaltową, tylko o prawdziwych trasach rowerowych. A takowych w Świnoujściu nie brakuje. S a to trasy dobrze przygotowane, oznakowane, szerokie, odpowiednio oznakowane i w miarę bezpieczne. Ponadto teren jest dużo łatwiejszy, bo płaski. Dzięki temu Leon osiągał tu bardzo dobre wyniki. Jego rekord to 30 km zasięgu w ciągu jednego dnia pedałowania.

Ale zacznijmy od początku: Dzień 1

Lądujemy w Świnoujściu i co robimy? Uciekamy na Zachód! Tak, tak – chcieliśmy od razu zakosztować tej niemieckiej jakości rowerowej, a ponieważ mieszkaliśmy blisko przejścia granicznego z Niemcami, ruszyliśmy główną trasą rowerową, która prowadzi na promenadę miast typu Ahlbeck i dalej, aż do Bansin. I tam właśnie się wybraliśmy. Na początek – niemiła niespodzianka. Dowiedzieliśmy się, że będąc turystą jednodniowym w Niemczech, powinniśmy zapłacić opłatę klimatyczną. Niby nie dużo, bo 6 euro, ale pan skasował nas 30 zł (bo nie mieliśmy euro, a karta nie działała), co w skali tygodnia może dać sumę nawet 200 zł. Oczywiście po zapytaniu rodowitych mieszkańców Świnoujścia jak to jest z tą opłatą, okazało się, że oni w życiu czegoś takiego nie zapłacili. Zatem, rada dla oszczędnych: nie zatrzymuj się przy automatach z opłatą klimatyczną, a nie pojawi się sympatyczny pan, który powie : „6 euro”.

A wracając do trasy: ścieżki bardzo fajne, a mijane miasteczka urocze. To takie maleńkie, prowincjonalne miejscowości, całkiem inne od przemysłowego i portowego Świnoujścia. Stąd też urok takich małych, wiejskich, przytulnych willi i pensjonacików po niemieckiej stronie bardzo nas urzekł. A sama promenada świetnie przygotowana – jak to z niemieckim porządkiem – równo i perfekcyjnie. Pierwszego dnia popedałowaliśmy do Bansin, czyli do miejscowości, po której zaraz zaczynają się przepiękne klify. Opowiem o nich później, gdyż wybrałem się na nie sam. Mieliśmy już bowiem przejechane ok. 9 km i doszliśmy do wniosku, że na początek to całkowicie wystarczy.

Zawróciliśmy nieco inną trasą – zjechaliśmy do jeziorka, skąd niebieskim szlakiem mieliśmy wrócić do Ahlbecku. I tu druga niespodzianka: nie udało się nam, bo zgubiliśmy szlak. Słynna, niemiecka perfekcja skończyła się wraz ze szlakiem, który – wg mnie – został po prostu źle wytyczony, czy też opisany. Stad też, będąc tu po raz pierwszy po prostu go zgubiliśmy, choć mieliśmy ze sobą mapę.

W kolejnych dniach dużo pedałowaliśmy, ale i często wypoczywaliśmy na plażach. Uwielbiamy w taki sposób pożytkować czas nad morzem – dzieci maja relaks, czas na pluskanie w wodzie – my z resztą też. To chyba najlepszy sposób na udany wypoczynek: łączenie aktywności fizycznej z czasem na plaży, na lody, czy pyszne jedzonko.  

Dzień 2 był dniem jazdy po Świnoujściu i jego zwiedzania. Przejechaliśmy obok Fortu Zachodniego, przez port i przeprawiliśmy się promem do bardziej przemysłowej części miasta, gdzie zwiedziliśmy latarnię morską. Ciekawy punkt, ale sama trasa – jak dla mnie – nie była jakoś bardzo atrakcyjna. Może po prostu dlatego, że ja osobiście bardziej lubię bliskość morza i kontakt z naturą.

W trzecim dniu popedałowaliśmy w stronę Zalewu Szczecińskiego, wzdłuż trasy promu dla turystów. Znajduje się tam kanał, wzdłuż którego przebiega fajna trasa rowerowa, betonowa, bardzo dobrze przygotowana. Potem zapedałowaliśmy do samego końca cypla.  Akurat w tym dniu  zrobiliśmy najwięcej kilometrów.  Wpłynęła na to m.in. pogoda. Mocny wiatr, brak słońca zniechęcały do plażowania, zatem zamiast wylegiwać się na piachu więcej czasu przeznaczyliśmy na pedałowanie. Co prawda dzieciaczki po przejściu do najbardziej wysuniętego punktu na wyspie Uznam były nieco zdziwione. (żeby nie powiedzieć: rozczarowane). No bo jak to: żadnych atrakcji? Siwe czaple i tyle? Postanowiliśmy zatem w następnych dniach nieco więcej czasu poświęcić na odpoczynek plażowy.

Natomiast sama trasa, owszem przyjemna, choć znów się pojawił pewien niedosyt. Może przez pogodę, która nie dopisała? Trudno powiedzieć, ale: pojechaliśmy, zobaczyliśmy.

Kolejne dni już ciekawiej. Wybraliśmy się samochodem przeprawą promową na wyspę Wolin, a tam dotarliśmy do Wolińskiego Parku Narodowego, przez który prowadzi bardzo fajna ścieżka czerwona. Przy okazji zobaczyliśmy zagrodę Żubrów, a finalnie zrobiliśmy tam jakieś 15 km w przepięknym miejscu. I chyba tego mi w ostatnich dniach brakowało: takiego nacieszenia oka i kontaktu z naturą. Dojechaliśmy nad Jezioro Czajcze, gdzie zrobiliśmy parę ujęć (polecam na video) coś pięknego, cud natury, cisza, spokój – magicznie. Powrót przez Woliński Park Narodowy, trasa prowadząca troszkę przez las, trochę więcej podjazdów, więc nieco trudniej – ale jechaliśmy pełni radości.

Kolejny dzień – czwartek – to czas typowego odpoczynku. Po pierwsze piękna, słoneczna pogoda przyzywała nad morze, po drugie było to akurat Boże Ciało. Z resztą, nawet jeśli nie wyruszamy na żadną wycieczkę, to i tak po mieście poruszamy się rowerem, bo tak jest najwygodniej. Dzięki temu możemy szybko przemieścić się plaży nawet na drugi koniec miasta na pyszne jedzonko. Przy okazji: polecamy „Sól i pieprz”, którą odkryliśmy trzeciego dnia i którą byliśmy naprawdę zachwyceni. Zatem oczywiście i w tym dniu odpoczynku zrobiliśmy parę kilometrów po mieście.

Ostatni dzień wspólnego pedałowania to wycieczka na niemiecką część wyspy Uznam, do jej południowej części, gdzie mieści się stara, rybacka wioska Kamminke z zachowanymi budynkami. Położona w malowniczym miejscu, wysunięta na Zalew Szczeciński w ślicznym i spokojnym otoczeniu.

Przyznaję, że tu zrehabilitowała się w mych oczach owa niemiecka jakość, bo jadąc w lesie do jeziorka Wolgastse, jechaliśmy po asfalcie, który pozwolił nam na komfortową, spokojną i bardzo przyjemną jazdę.  Jeziorko, które zobaczyliśmy było bardzo urokliwe. W pobliżu znajdował się również mały plac zabaw dla dzieci. Nie wiem jednak, czy mnie bardziej nie urzekały jednak te znajdujące się po polskiej stronie, gdzie panowała cisza i spokój i nie było niczego, oprócz natury. Skończyliśmy w Świnoujściu, pętelka wyniosła ok. 25 km.

Ja dołożyłem sobie  jeszcze wycieczkę na klify, których nie zobaczyliśmy pierwszego dnia. I cóż, poza jednym zejściem, gdzie można było delektować się widokiem na morze, nie było zbytniego szału. Po prostu, ścieżka rowerowa w lesie, duża jej część biegnąca przez campingi,  bo taki rejon – nazwałbym go: osiedle campingów.  I tyle.

Finalnie: przejechaliśmy na rowerach ponad 140 km, zrobiliśmy to w pełnym uśmiechu i radości.  Każdy był usatysfakcjonowany każdym dniem. Zjedliśmy przepyszne rzeczy (pozwolę sobie później na małe referencje poniżej, gdzie można zjeść dobrze i co), znaleźliśmy i zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. Także Świnoujście jak najbardziej na tak, ale czy na dłużej niż na siedem dni? Nie wiem, to zostawiam do oceny każdemu z Was. My swoje wypedałowaliśmy i dla nas to Świnoujście to przede wszystkim przepiękne miasto rowerowe z fajnymi szlakami, cudną plażą i zapewne do odwiedzenia ponownego kiedyś w przyszłości.

 

W ultramaratonie, jak w życiu: sam daleko nie zabiegniesz

Jak wiecie z moich poprzednich wpisów do ultramaratonu przygotowywałem się przez kilka miesięcy. I muszę przyznać, że treningi te były bardzo przyjemne. Czasem jedynie brak czasu wywoływał frustrację z nieodbytego treningu. Same natomiast ćwiczenia dawały mi wiele przyjemności i radości, a najmilej wspominam nasze spacerko-rowerki z synem, kiedy on pedałował, a ja biegłem. Dzięki nim miałem nie tylko satysfakcję z samego treningu, ale również radość z pogłębiania naszej wspólnej więzi, z robienie czegoś wspólnie, rodzinnie.

Sama kondycja fizyczna to jednak nie wszystko. Na sukces przebiegnięcia ultramaratonu złożyło się w moim przypadku wsparcie, jakie  otrzymałem z czterech różnych źródeł. Pierwsze z nich otrzymałem od mojego wyjątkowego i głównego Przewodnika życiowego – czyli Boga. Czytając w piątek, dzień przed biegiem, Księgę Przysłów natrafiłem na fragment:

„Zaufaj Panu całym sercem, a nie polegaj na swej umiejętności.” (Księga Przysłów rozdział 3 wers 5)

Słowa te dały mi takiego motywacyjnego kopniaka, że nic więcej się nie liczyło. Generalnie cała Księga Przysłów (którą niedawno rozpocząłem czytać) ma wiele takich bogactw, słów i myśli motywujących bądź skłaniających do refleksji, ale akurat te słowa, w tym konkretnym dniu były dla mnie niezwykłe. Wierzyłem w przesłanie, które z sobą niosły i było to dla mnie niewiarygodne: że na tym etapie, w tej właśnie chwili Bóg do mnie przemówił, ofiarując mi wsparcie pełne siły i mocy.


Kolejne źródło, które dało mi mega wsparcie, to metoda Jeffa Gallowaya, która jest metodą bardzo prostą, ale wymaga systematyczności i podążania nią od samego początku. Można ją ewentualnie porzucić na ostatnim odcinku, gdy do mety nie zostało więcej niż 10% trasy. A na czym polega sama metoda? Otóż podczas biegu robimy przerwy na marsz, można zatem powiedzieć, że jest to metoda marszo-biegowa. Tym samym podczas ultramaratonu, którego nie przebiega się w całości, jest to świetna metoda pozwalająca na regenerację. Gallowey w ogóle twierdzi, że ciało człowieka nie jest przyzwyczajone do ciągłego biegu, nasze organizmy nie potrafią poradzić sobie ze zbyt długimi dystansami cały czas biegnąc. Stąd jego metoda: 3 minuty biegu i 1 minuta marszu. Taki system akurat ja obrałem, ale można to spokojnie modyfikować np. 2 minuty biegu i 1 minuta marszu. Zastosowanie tego systemu daje nam gwarancję, że na samym końcu będziemy mieli jeszcze siłę. I przyznaję: sprawdziło się.

Rozpoczynając bieg, zacząłem od razu tę metodę wprowadzać. Miałem włączony zegarek z interwałami biegu 3 na 1 i do samego końca to utrzymywałem. Oczywiście przy podbiegach szedłem. Nie oszukujmy się, bieg górski jest specyficznym biegiem i tutaj ta metoda chwilami się wysypuje, w tym sensie, że więcej się idzie niż planowało się biec. Za to przy zbiegach i na równym terenie jak najbardziej znów wracałem w rytm Galloweya.

Trzecie wsparcie otrzymałem od osoby, która jest dla mnie przewodnikiem w ultramoaratonach. To Marcin, mój prezes, który powiedział mi jedną rzecz:  „Marcin na początku nie szarżuj, spokojnie”. Biorąc to sobie do serca od początku starałem się utrzymywać tempo ok. 7,5 minuty na kilometr, dzięki czemu mój  plus nie przekraczał 130 – 140 uderzeń na minutę, a tętno miałem bardzo spokojne. Kiedy momentami dochodziłem do 150 uderzeń na minutę, od razu zwalniałem. Oszczędzałem siły, by wytrwać do samego końca.

Dziś mogę powiedzieć, że dzięki wsparciu Boga i tych dwóch osób dałem radę i udało mi się ukończyć bieg. Ale muszę też przyznać, że były momenty załamania. 55 kilometr – ściana w postaci mocnego przechyłu totalnie zniszczyła moją energię. 65 kilometr – trawers w słońcu, w nieznośnym upale nadwyrężył mi ogromnie moją motywację do walki. Przyznaję, że ten moment w słońcu był najgorszy. Taki moment słabości, w którym pojawiło się  pytanie: „po co to?” Najgorsze pytanie, którego nigdy nie powinno się stawiać. I w tym miejscu muszę wspomnieć o czwartym źródle mojej siły, która pomogła mi bieg ukończyć. Jestem nim ja sam. I tak, jestem dumny sam z siebie, że podjąłem wyzwanie, a w chwili słabości potrafiłem przestawić swój umysł i nie ulec, nie poddać się.

Podczas biegu doszedłem do wniosku, że skoro każdy mój krok to ból (spowodowany m.in. tym, że miałem totalnie nieprzygotowane buty pod ultramaraton, buty miejskie, które zniszczyły mi stopy już na 50 kilometrze: odciski, które cholernie bolały i sprawiały, że każdy, najmniejszy kamyczek odczuwałem bardzo boleśnie), to jeśli zacznę biec, no dobra raczej: truchtać, to skrócę sobie czas cierpienia. Zatem zacząłem na powrót biec metodą Gallowaya 3 na 1 i za każde 3 minuty biegu dziękowałem Bogu. Odzyskałem wiarę, że mogę biec dalej, że dam radę, a to że boli? Trudno, musi, gdyby nie bolało, każdy by przebiegł ultramaraton.

I na samym końcu, gdy do mety pozostało jakieś 12 km okazało się, jak pomocny był Gallowey. Wróciła pełna moc i miałem tyle energii, że wyprzedzałem ludzi, którzy dziwili się skąd we mnie tyle siły na koniec. Do mety przybiegłem z uśmiechem, radością i jeszcze 10 procentowym zapasem sił! Tak, mógłbym biec dalej! Nie zrobiłem ostatniego kroku i nie padłem mówiąc: „nigdy więcej” lecz przebiegłem, uśmiechnąłem się, podziękowałem Bogu i powiedziałem: „mogę więcej”.

Jednym słowem: dałem radę. I chyba największa radość z tego wszystkiego to była ta, że uczciwie mogę powiedzieć iż byłem dobrze przygotowany i fizycznie i umysłowo. W chwili słabości bowiem nie poddałem się, ale walczyłem do samego końca.  I tak jak jestem dumny z siebie, tak też jestem mega wdzięczny wszystkim, którzy okazali mi swoje wsparcie. Mojej rodzinie. Żonie, która motywowała mnie do treningów, wspierała, dopytywała, ale też i martwiła się o mnie i wspierała swoją modlitwą: Dziękuję Ci kochanie! Dzieciom, które cieszyły się z mojego uczestnictwa w tym biegu i które gorąco mi kibicowały. Synowi, który ze mną trenował. Wszystkim moim bliskim, przyjaciołom, znajomym, którzy wspierali i martwili się o mnie. Tym, którzy dodawali otuchy dobrym słowem, którzy byli ze mną na trasie swoimi ciepłymi myślami – dziękuję.

 

Miłego!

Wybrzeże rowerowo

Jak zapewne wiecie – chwaliliśmy się już tym troszkę – udało nam się przejechać dużą część polskiego wybrzeża rowerami. Chciałbym tym wpisem podzielić się doświadczeniami z tej wyprawy, opowiedzieć jak wyglądało całe to przedsięwzięcie i co działo się na trasie. Może uda mi się Was zainspirować do podobnych wypraw i przekonać do tego, że można, że dzieciaki (w naszym przypadku 6 i 9 lat) mają ogromny potencjał i siłę, by zrobić coś wielkiego.

Dzień 1 Władysławowo – Karwia 18km

Przyjechaliśmy po nocnej podróży do Władysławowa. Najpierw musieliśmy zostawić gdzieś samochód, a ponieważ jego postój miał trwać 8 dni, szukaliśmy miejsca, gdzie mógłby stać spokojnie nikomu nie wadząc, tak, by przypadkiem nam go ktoś gdzieś nie odholował. Udało się znaleźć bardzo fajne miejsce – w samym centrum miasta, na darmowym miejskim parkingu, w sąsiedztwie komisariatu policji.

Potem szybkie pakowanie i ruszamy rowerami na plażę, by czym prędzej przy przywitać morską bryzę. Przed 12-stą byliśmy już na plaży, ale ledwie tam weszliśmy: zimny prysznic na przywitanie. Prawie dosłownie: zimny, mocny, zachodni wiatr i ulewny deszcz. W pięć minut zmokliśmy doszczętnie. Pozostało nam znaleźć jakieś suche miejsce w pobliżu plaży i zjeść coś ciepłego na rozgrzanie. Deszcz na szczęście szybko minął, więc mogliśmy po krótkiej przerwie ruszyć dalej. Jako, że zmęczenie po nocnej podróży nieco dawało nam się we znaki, wyznaczyliśmy sobie za cel Karwię, oddaloną od Władysławowa o 18 km. Po drodze minęliśmy Chłapowo i Jastrzębią Górę. Na odcinku między Władysławowem, a Jastrzębią mamy troszkę pobocza, chwilami chodnik – nie jedzie się wiec źle. Za Jastrzębią jednak czeka nas asfaltowa droga w kiepskim stanie bez pobocza. Musieliśmy bardzo uważać, bo ruch samochodowy jest tu bardzo duży, a liczne dziury utrudniały jazdę skrajem drogi. Nie polecam tego odcinka. Lepiej wybrać dłuższą trasę R10, my niestety nie mieliśmy tym razem na to czasu, ale następnym razem skorzystamy raczej z tej opcji. Na szczęście udało się bezpiecznie dotrzeć do Karwi, gdzie znaleźliśmy nocleg i mogliśmy odpocząć przed kolejnym dniem przygody.

 

Dzień 2 Karwia – Lubiatowo 

Wstajemy w Karwi, pakujemy cały sprzęt, co średnio zajmuje nam to 1,5 godz. Jest też miłe śniadanko, bajki dla dzieci i radosne podekscytowanie kolejnym dniem wyprawy. Ruszamy za zachód, bez bliżej określonego celu. Założenie było takie, że pedałujemy wtedy, kiedy nam się chce, gdy są do tego warunki, tylko tyle ile chcemy w danym czasie – bez wyznaczonego sztywno celu. Byle na zachód i zobaczymy co przyniesie nam trasa i kolejny dzień. Nie chcieliśmy by była to sztywno zaplanowana trasa do zrealizowania, ale wspólnie przeżyta przygoda, pełna pozytywnych emocji, którą wszyscy na długo zapamiętamy. Muszę przyznać, że takie założenie daje duże poczucie wolności. Pedałowanie przez te kilka dni, ciągłe zmiany otoczenia, brak ciśnień, że gdzieś trzeba zdążyć, gdzieś dotrzeć, nowe miejsca do spania, plażowania, czy jedzenia, nowo poznani ludzie – wszystko to dało nam niesamowite poczucie radości z odkrywania nowego i wolności płynącej ze świadomości, ze nic nie musimy. Cudowny stan.

Tego dnia zrobiliśmy trasę od Karwi aż do Lubiatowa po drodze mijając Dębki, Białogórę. Droga wiodła głównie szlakiem nadmorskim R10 plus szlakiem czerwonym, choć często ją modyfikowaliśmy w zależności od potrzeb. Trasa prześliczna, w dużej części prowadząca przez lasy. W Białogórze zrobiliśmy postój w fajnej knajpce w centrum miasta. Do Lubiatowa dotarliśmy popołudniu i po szybkim rozpakowaniu na noclegu, ruszyliśmy rowerami na plażę. Samo Lubiatowo to specyficzne miejsce. Położone nieco dalej od plaży (15 minut pedałowania) idealne jest dla tych, którzy lubią ciszę i spokój.

 

Dzień 3 Lubiatowo – Łeba

Ruszamy z Lubiatowa w stronę Kopalino, a stamtąd z ulicy Bursztynowej na szlak pomarańczowy rowerowy i co się okazuje: szlak byłby bardzo ciekawy i fajny, gdyby nie to, że często występowały na nim piaski. Dojechaliśmy do Stilo troszeczkę zmęczeni, ten odcinek zajął na nieco więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Na szczęście w miejscowości Osetnik zresetowaliśmy siły i zjedliśmy przepyszne przystawki rybne. I ruszyliśmy dalej, kierując się w stronę Łeby rowerowym szlakiem czerwonym. Jechaliśmy północną częścią, nad jeziorem Sarbsko, gdzie po drodze mijamy sporo przeszkód piaskowych, w tym górę Piaszczystą, przez którą przeciskanie rowerów i przyczepki nie jest zbyt przyjemne. Stąd też w Łebie byliśmy dopiero po godz. 16, gdzie trafiliśmy do bardzo niesmacznego baru mlecznego w centrum miasta (nie polecamy), a potem szybciutko znaleźliśmy nocleg. To był dzień, w którym zmęczenie wzięło górę i nie poszliśmy nad morze, by złapać trochę słońca i powietrza – zasnęliśmy w pokoju.

Dzień 4 Łeba – Kluki

Wyruszamy z Łeby. Trasę mamy zaplanowaną przez Żarnowską, Gać, Izbicę i Kluki. W Klukach zobaczymy co dalej. Jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym pod jezioro Łebsko. Najpierw Żarnowska – dosyć szybki dystans, trasa żwirowo- szutrowa dosyć fajna. Później obszar ochrony ścisłej Bielice w Słowińskim Parku Narodowym i tutaj bardzo piękny, urokliwy las – dosyć stary, przycieniony, pełen traw i paproci. Baśniowy klimat. Zatrzymaliśmy się po drodze przy torfowisku Wielkiego Bagna, gdzie jest pomost. Jedziemy dalej, aż dojeżdżamy do Gać. Miejscowość typu: koniec świata. Asfalt skończył się dużo wcześniej, ścieżka kończy się gdzieś w lesie. Chleb dowożą tutaj busami. Mieszkańcy – głównie starsi ludzie. Zastanawiałem się, jak oni sobie radzą w zimie w tym miejscu odciętym od świata, w dość surowych warunkach.

Potem Izbica, gdzie dowiadujemy się od lokalnych informatorów przy sklepie, że szlak, którym mieliśmy jechać – czerwony przez Ciemińskie Błota – jest po prostu jednym wielkim błotem, a dokładniej bagnem. Nieprzejezdnym. Musimy je ominąć, jadąc troszeczkę na południe przez Zgierz, później Borek Skórzyński i wracać dopiero do miejscowości Kluki, gdzie też może być nieciekawie, bo za rzeczką Pustynka również czeka nas bagienny teren. Świetnie… Jest już popołudnie, trochę dystansu jeszcze do przebycia, a tu takie niespodzianki, ale cóż, jedziemy. Omijamy Ciemińskie Błota po drodze spotykając ludzi, którzy wracając potwierdzają, że teren jest nieprzejezdny. Jadąc dalej spotkaliśmy Czecha, który jechał z Kluk i pocieszył nas nieco mówiąc, że do Kluk da sie przejechać. Zatem jedziemy. 1,5 km przed Klukami, na pomostku zaczyna się znów robić nieciekawie, pojawia się błoto, a właściwie bagno. Na szczęście w tym roku zostały zbudowane specjalne drewniane przejazdy rowerowe, szkoda, że nie całym dystansie tylko co ileś metrów, stąd też trzeba chwilami popchać rower przez bagna. Finalnie w okolicach godz. 16 – 17 lądujemy w miejscowości Kluki, a dokładniej w Karczmie u Dargoscha, gdzie spożywamy przepyszny obiad.  Co dalej? Nie wiemy. Sklepu nie ma, z noclegami również dosyć ciężko. Zatem rozbijamy pierwszy raz namiot i nocujemy pod gołym niebem.

Dzień 5

Po złożeniu namiotu i spakowaniu bagaży, co zazwyczaj w naszym przypadku trwa to koło 1,5h ruszyliśmy czerwonym szlakiem, prowadzącym do jeziora Dołgie Duże w kierunku Smołdzińskiego Lasu. Docelowo chcemy dojechać do Rowów, co też udaje się nam bardzo szybko i przyjemnie. Podróżujemy w rejonie Słowińskiego Parku Narodowego i muszę przyznać, że jest to obszar naprawdę pełen uroku. Zarówno jezioro Dołgie Duż, Dołgie Małe, jak i ogromne jezioro Gardno są przepiękne, a pomosty dają możliwość, by chwilę odpocząć i zrelaksować się w ciszy i spokoju na łonie natury. Polecam – świetna energoterapia 🙂

Krótko o trasie: tego dnia zrobiliśmy 21,4 km i była to jedna z najprzyjemniejszych i dobrze przygotowanych tras rowerowych. Cały odcinek północny nad jeziorem Gardno został zagospodarowany podłożem tzw. suchym betonem, co dawało duży komfort pokonania trasy. Dzieci tak się „zagadały” podczas pedałowania, że kiedy dojechaliśmy do Rowów stwierdziły ze zdumieniem: to już jesteśmy?!

Podsumowując, Rowy to idealne miejsce dla rodzin/rowerzystów. Mamy tu również do dyspozycji trasę wokół jeziora Gardno, którą przebyłem z Zosią jak miała 5 lat w przyczepce i też bardzo dobrze ją wspominam. Dodatkowo jest świetny szlak do Ustki, ale… to już kolejny dzień.

 

Dzień 6

Ruszamy z Rowów do Ustki. Jak już wspomniałem, to kolejna moja ulubiona trasa, która wiedzie szlakiem zwiniętych torów. Rewelacja! Naprawdę.  Generalnie oceniam trasę pod względem podłoża i tutaj – poza krótkim odcinkiem piasku – było wręcz idealnie. 24 km dobrej nawierzchni plus ładne otoczenie sprawiły, że do Ustki dotarliśmy naprawdę w szybkim tempie. Dużo czasu za to zajęło nam znalezienie noclegu. Musze przyznać, że to właśnie poszukiwanie miejsca do spania każdego dnia w nowym miejscu było największym problemem logistycznym, zwłaszcza, że potrzebowaliśmy noclegu tylko na jedną noc. Niestety, 90% ludzi odmawiało nam przyjęcia – smuteczek. Mimo tych przejściowych kłopotów udało nam się w Ustce znów wyskoczyć popołudniem na plażę i podładować baterie przed kolejnym dniem.

Dzień 7

A kolejny dzień – oj nie był już taki prosty. Po pierwsze w planach mieliśmy dotrzeć do Jarosławca, a niestety duża część trasy wiedzie po drodze asfaltowej średnio uczęszczanej przez samochody. Po drugie mieliśmy do pokonania aż 36km!!! Tak, tak, udało się i to nawet z całkiem dobrym wynikiem czasowym. W Jarosławcu niestety plaża przywitała nas deszczowo, ale dzięki temu podjęliśmy decyzję, aby wyskoczyć do tutejszego aquaparku i tam właśnie naładować baterie. Pogoda już do wieczora deszczowa, ale wierzymy że kolejny dzień przyniesie lepszą aurę.

Dzień 8

Wyruszamy w kierunku Darłówka. Jedziemy przepiękną, widokową trasą rowerową wzdłuż morza, a później dodatkowo z lewej strony mijamy jezioro Kopań. Oj przeurokliwe miejsce na pedałowanie. Po drodze minęliśmy miejscowość Wicie, w której zaliczamy poranną kawkę 🙂

Dojeżdżamy do Darłówka, zatrzymujemy się na pierwszej plaży daleko od centrum, aby naładować baterie. Widzimy jednak, że Zosia – niczym wczorajsza pogoda – jest trochę pochmurna. Tak jak wspomniałem na początku, nasza wyprawa miała być w dużej mierze spontaniczna – jedziemy tyle, ile chcemy i ile czujemy się na siłach. Bez ponagleń i sztywno wyznaczonych celów. Jazda miała być dla nas źródłem radości, a  nie czymś, co musimy robić. 8 dni i 200 przejechanych kilometrów, to naprawdę sporo. Po dłuższych rodzinnych rozmowach podjęliśmy zatem decyzję  – stop, kończymy. Tutaj zostajemy. Jednocześnie jednak już powstają plany na kolejny rok: będziemy jechać z zachodu na wschód! Do zobaczenia zatem na szlaku 🙂

I tak dotarliśmy do celu naszej wędrówki, a dla mnie osobiście spełniło się kolejne marzenie: rowerowa, rodzinna wyprawa. Mam nadzieję, że pozostanie na długo w naszych sercach i głowach i nieraz jeszcze będziemy ją z radością wspominać.

Miłego!

 

Kozia Górka i już!

Kolejna niespodziewana, nieplanowana wycieczka w góry. Albo raczej zaplanowana w tak zwanej „ostatniej chwili”. Wszystko dlatego, że niedziela miała być dla nas dniem odpoczynku, nie planowaliśmy akurat w tym dniu żadnych wypraw. Ale dzwoni brat z zapytaniem: „Co porabiacie? Jakie macie plany?” I tak od słowa do słowa… dwie godziny później byliśmy już pod wejściem na Kozią Górkę. Tym razem od strony Bielska-Białej zielonym szlakiem, zazwyczaj bowiem zdobywaliśmy kozią szlakiem niebiesko-czerwonym od Bystrej Śląskiej.

Dlaczego akurat to miejsce? Bo potrzeba zaledwie 1 godziny, by dotrzeć do schroniska znajdującego się na szczycie. Szczyt to bowiem niewielki, a cała trasa wynosi raptem 1 km 800 metrów – bardziej to zatem przyjemny spacerek niż górska wspinaczka.

Z resztą ta łatwość w pokonaniu trasy do schroniska to jeden z powodów tego, że Kozia Górka jest dość często odwiedzana przez pobliskich mieszkańców. Zwłaszcza przez bielszczan, dla których to ciekawa opcja spędzenia czasu poza miastem.

Kolejnym atutem tego miejsca, przyciągającym sporą liczbę ludzi są prześwietnie przygotowane rowerowe trasy zjazdowe, downhill’owe o różnym stopniu trudności. Każdy miłośnik zjazdów rowerowych – niezależnie od swego wieku i umiejętności – znajdzie tu coś dla siebie. Widzieliśmy i osoby starsze i naprawdę małe szkraby wspinające się na rowerach pod górę, by potem zjechać szlakiem zielonym bądź innym. Wszystko jest naprawdę świetnie zorganizowane i zabezpieczone – trasy rowerowe biegną inną częścią lasu niż piesze, więc jedni uczestnicy nie przeszkadzają pozostałym.

Wejście na górę zajmuje niecałą godzinkę,  przewyższenia mamy ok. 250m, zatem całkiem przyjemny spacerek. Idzie się w dość interesującym otoczeniu, bo trasa prowadzi starym, nieczynnym już torem saneczkowym. Co jakiś czas spotykamy więc na swej drodze betonowe zakręty, które dodają uroku tej trasie i zmieniają nieco perspektywę chodzenia po górach.

Na miejscu jesteśmy ok. 14-stej. Jest jeszcze spory tłum, ale też i sporo miejsca dla każdego. Wyciągamy zatem kocyki i jedzonko. Mieliśmy też coś do upieczenia na ognisku – to też jeden z uroków tego miejsca, że zawsze można sobie upiec coś na ognichu przy schronisku. Dodatkowo zabraliśmy ze sobą paletki do speed babingtona i oczywiście pograliśmy troszeczkę. Taka gra na świeżym powietrzu to sama przyjemność , która dostarcza fajnych bodźców i pozytywnych emocji. Naprawdę przyjemna rozrywka, polecam każdemu, zwłaszcza, że same paletki ważą niewiele, wiec ich przyczepienie do plecaka nie powoduje żadnych obciążeń.

Jakby jeszcze było mało atrakcji, to (co najważniejsze dla dzieciaczków) przy schronisku znajduje się fantastyczny plac zabaw – chyba najlepszy, jaki do tej pory widzieliśmy przy polskich schroniskach. Naprawdę fajne place zabaw widzieliśmy za granicą w austriackich górach, gdzie parki górskie są rewelacyjne. Ale – wracając do naszych rodzimych atrakcji – Kozia Górka jest naprawdę świetnie przygotowana na odwiedziny rodzin z dziećmi.

Popularność tego miejsca wynika właśnie z tego, że niezależnie od tego, czy jesteś rowerzystą, czy pieszym, czy wybierasz się sam, czy z rodziną – znajdziesz coś dla siebie.  To świetna alternatywa na szybki, nieplanowany wypad.  Nawet popołudniu można startować, bo wyjście i zejście nie zajmuje dużo czasu, a przyjemność bycia jest po prostu bezcenna.

Przygotowania do ultramaratonu

Dlaczego biegam?

Przyznaję, że z bieganiem to już długa historia. Zaczynałem najpierw od krótkich dystansów: (rzecz normalna) 1 km, 2 km, 5 km. Często biegałem po swojej okolicy na wsi, ale największą radość sprawił mi udział w moim pierwszym maratonie – górskim. Tak naprawdę nigdy nie przebiegłem maratonu miejskiego, pewnie dlatego, że nigdy nie „czułem” asfaltu. Za to radość zawsze dawała mi bliskość gór i natury. Maratony górskie po prostu mają w sobie to „coś”. Pomimo ciężkich, trudnych tras, wymagającego terenu i stromych podbiegów, widoki, które są wokół dają tyle radości, że człowiek w pełni cieszy się tym miejscem i przepełnia go radość – uwielbiam biegać po górach.

Obecnie przygotowuję się do ultramaratonu, jednego z najstarszych w Polsce – Sudecka Setka. Jest strach, bo to mój pierwszy start w ultramaratonie, a zawsze tak bywa, że kiedy coś dzieje się po raz pierwszy to jest wyolbrzymione i wydaje się mega problematyczne. No i nie oszukujmy się, 100 km nie jest też dystansem łatwym i prostym. Zwłaszcza w górach.

Jak się przygotowuje do tego wyzwania i dlaczego w ogóle biegam?

Żeby Wam pokazać moje przygotowania, jako przykład opiszę Wam mój ostatni tydzień, który był przewspaniały, bardzo energetyzujący i dostarczył mi mnóstwo wartości, które odpowiedź na pytanie: dlaczego to robię?

Zaczęło się od wesela Basi i Dawida – dzięki za wspaniała imprezkę! Wytańczyłem się na mega, mega poziomie i co najważniejsze – oprócz świetnej zabawy – były też to świetne ćwiczenia, interwały dla mnie. Wielu ludzi pytało: „Co Ty bierzesz chłopie, że tak szalejesz?!” Ale tak naprawdę te moje szaleństwa na parkiecie, to były jednocześnie intensywne ćwiczenia, co z resztą uświadomiłem sobie dopiero później. Bo przecież przez te kilkanaście godzin podczas całonocnej zabawy ćwiczyłem cały czas mięśnie nóg: interwały, mocne, gwałtowne przyspieszenia, dające mocny poziom wzniesienia energetycznego. To były dwa dni: sobota i niedziela oba bardzo aktywne. Poniedziałek był troszkę ciężki. Wiadomo, trzeba było odespać, zatem poziom aktywności spadł do zera. Ale już kolejny dzień, wtorek, dał mi mega mocny pozytywny kop i wskoczyłem na bieżnię, gdzie spędziłem godzinę i 45 minut. Ktoś zapyta: „Nie, na bieżni?? Przecież to taka nuda.. w jednym miejscu cały czas.”

Zgodzę się, bieżnia nie jest idealnym miejscem, zawsze też wolę biegać po terenie, po górach w otoczeniu, bo wiem, że za trud, jaki ponosi mój organizm dostaję zmianę otoczenia i piękno. Mimo to również i bieżnia ma swoje zalety. Jedną z nich jest to, że podczas biegania na bieżni mogę swobodnie słuchać lub oglądać cokolwiek chcę. I słucham wtedy naprawdę świetnych ludzi, którzy dają mi wartość w życiu, którzy są mentorami, coachami, znawcami z danej dziedziny. Ludzie z pasją. Są wśród nich trenerzy osobiście, ale i przewodnicy duchowi. Uwielbiam ich słuchać. Właściwie wtedy zbieram swoje myśli w jednym miejscu. Słucham i zbieram bardzo cenne wiadomości. Biorę je i testuję. To nie jest tak, że wszystko się przyjmuje, pamiętajcie o tym: wszystko, co poprzychodzi do Was, bierzecie, testujecie i zostawiacie to, co działa, to, co czujecie, że działa, co Wam daje rozwój i przynosi radość.  

Tak było we wtorek godzina i 45 minut.  W środę powtórka: 1,45 h na bieżni. Jest progres, jest moc. Zmęczenie też, ale nie poddaję się. Tak jak mówiłem: bieżnia daje mi możliwość rozwoju wiedzy. Można w tym czasie słuchać również audiobooków. Zamiast na kanapie, możesz słuchać książki aktywnie biegając.

Czwartek – robi się okienko pogodowe, ponieważ cały ten tydzień był troszeczkę trudnym tygodniem, często padało, słońce gdzieś schowane, ale w czwartek po godz. 17 rozjaśnia się i robi przyjemniej. Korzystając z tej poprawy pogody, wziąłem syna do Doliny Prądnika. Spakowaliśmy rower dla niego i buty dla mnie i start. Przebiegliśmy dolinę prądnika od jednego kościółka w Dolinie do drugiego tj. do kościółka na rzece tam i powrotem – w bardzo przemiłej aurze i atmosferze. Uwielbiam w ten sposób spędzać czas z synem: delektujemy się razem każdym widokiem, każdą chwilą, potokiem, źródełkiem, miejscem. Ponieważ teren jest trochę pagórkowaty, miałem wspomagacz dla syna, czyli uchwyt do nauki jazdy, który pomaga utrzymać równowagę dziecku. Mam go zamontowany po to właśnie, żeby móc pod górę go wspomóc. Jak to mówimy: „pod górę razem damy radę”. I dajemy. 12 kilometrów przebiegliśmy tam i z powrotem. Coś wspaniałego. I właśnie: przygotowanie do ultra to nie tylko zabieranie czasu, to też dawanie Tobie wartości: edukacyjnych, rodzinnych, miłości, relacji z synem, z rodziną. Tego samego dnia, rano poszliśmy z żoną na squasha i tu również miałem okazję poćwiczyć, w dodatku w przemiłym towarzystwie i świetnie się bawiąc. I tak minął czwartek: rano squash, po południu bieg z synem. Coś wspaniałego jedno i drugie, tu mam radość z grania, a tu z biegania z synem po przepięknych terenach parku ojcowskiego

Piątek dzień wolny. Tak wyszło. Myślałem, że pobiegam wieczorem, ale wyszło inaczej. Wieczór spędziłem w innym, bardzo interesującym miejscu, o czym z resztą też opowiem w innym poście.

Następnie znów sobota. Rano pobiegliśmy ze znajomym do Ojcowa. Przebiegliśmy od Groty Łokietka przez Ojców, Dolinę Sąspowską i wróciliśmy do Bębła. Dystans 19 km przepiękna trasa, ale też i trudna, ponieważ dolinka jest mocno błotnista i ciężko było utrzymać równowagę. Trzeba było kontrolować, by nie dopuścić do jakieś kontuzji czy przeciążeń, a po drugie: w takim błocie traci się dużo energii, przez co bieg jest dużo trudniejszy.

Po biegu, jeszcze w sobotę, wypad w góry, o którym już czytaliście w innym poście: Poszukiwacze słońca.

Niedziela rano, kolejny dzień i kolejny wypad na bieganie. Tym razem na moją prośbę skróciliśmy z kompanem dystans. Obawiałem się, czy dam radę przebiec dłuższa trasę, bo doskwierał mi ból mięśni oraz.. pęcherz na nodze. W sobotę bowiem popełniłem podstawowy błąd przedszkolaka biegacza. Wychodząc z domu zabrałem pierwsze, jakie wpadły mi w rękę, przypadkowe skarpetki. Cóż, nie róbcie tego nigdy: skarpetki to bardzo ważna rzecz. W szczególności, gdy jest deszcz i buty ze skarpetkami namokną (a tak właśnie było). Wtedy skarpetki trą, ślizgają się – i w efekcie możemy uraczyć nasze stopy pięknymi okazami pęcherzy – co też i mnie się przytrafiło. Na szczęście uratowały mnie plastry i po górach dałem radę iść. Przed ultramaratonem muszę jednak znaleźć taki sprzęt, który nie spowoduje szkody na moim ciele. Muszę go wcześniej zakupić i przetestować na kilku mniejszych biegach, żeby potem nie było przykrych niespodzianek.

Zatem w niedzielny poranek biegniemy krótszy dystans – 7 km, a popołudniu znów górki.

Wiem, że ten trening do ultramaratonu nie jest może takim treningiem ściśle sportowym, jaki wykonują np. zawodowi biegacze, czy inni sportsmeni. Uważam jednak, że jakakolwiek aktywność i zmęczenie organizmu działające na mięśnie moich nóg i wzmacniające je jest kolejnym elementem budującym moją kondycję. W nadchodzącym tygodniu będę chciał przebiec ponad 3-godzinną trasę. To bardzo istotne, aby ćwiczyć też wytrzymałość, bo dystans jaki jest do pokonania w ultramaratonie wymaga również przygotowania organizmu i pod tym kątem. Trzymajcie kciuki.

Mam nadzieje, że ten tydzień przygotowań do ultramaratonu Was zainspirował i że kogoś może zachęci do tego by biegać, bo bieganie to naprawdę świetna frajda dająca wszechstronne możliwości rozwoju w każdym aspekcie życia.

Miłego!

Maciejowa – poszukiwacze słońca część 2

Jak już  pisałem w poprzedniej części, pogoda w dniu wczorajszym zmieniła nasze plany z wycieczki dwudniowej na Durbaszkę z noclegiem na dwie wycieczki jednodniowe. Znalezione słońce na koniec wczorajszej wyprawy na Magurkę, wzbudziło w nas nadzieję, że i dziś uda nam się złapać kilka ciepłych promieni.  A co najważniejsze: dzieciaki zachwycone. Nowe znajomości i pierwsze wyjście w góry, dały tak pozytywny i energetyzujący zastrzyk, że pragnęły kolejnej wycieczki. Co nas oczywiście bardzo ucieszyło. My sami jesteśmy „zarażeni” aktywnością rodzinną odkąd pamiętam, właściwie towarzyszy nam ona od samych początków naszej rodziny, odkąd tylko pojawiła się Zosia.

Cieszy nas ogromnie, gdy taką samą radością – płynącą z tej aktywności – możemy zarażać innych ludzi. Wierzę, że spalanie energii podczas wysiłku uwalnia w mózgu  bardzo pozytywnie oddziałujące endorfiny. Pomimo zmęczenia czuje się błogą radość. Efekt wyjścia w góry jest więc bardzo przyjemny. Dodatkowo: kontakt z naturą, wspólne rozmowy, wygłupy, śpiewanie, skakanie, gonitwy… – wszystko to sprawia, że bycie w górach z innymi staje się bardzo wartościowym doświadczeniem, pozwalającym wzmocnić więzi, które nas łączą. Stajemy się sobie bliżsi. Tego na co dzień, pochłonięci pracą i codziennymi obowiązkami, nie odczuwamy.

Dopiero kiedy wychodzimy, stajemy się wolni: od telewizorów, Internetu, radia, telefonów, słowem, od wszelkich dostępnych mediów, które czasem nieco nas zniewalają, kradną nam nasz czas. W górach odzyskujemy znów tę wolność, jesteśmy bliżej natury i możemy doświadczyć wiele pozytywnych aspektów z tego powodu.

Dzień dzisiejszy – niedziela – 7 maja kieruje nas na Maciejową, Rabka Zdrój. Start spod dawnego wyciągu Rabka Ski (niestety już nieczynnego). Idziemy szlakiem czarnym ok. 2 km, powinniśmy się zmieścić w godzinę.  Podejście nie jest zbyt strome, początkowe większe nachylenie stopniowo się wypłaszcza i dalsza trasa do samego schroniska przebiega już bardzo przyjemnie. Pogoda… no cóż. Dojeżdżamy na miejsce i wita nas mgła, spore zachmurzenie i nisko osadzone chmury. Mimo obaw deszczu, ruszamy w drogę. Uśmiechy n twarzy, radość, szczęście. Czasami jedynie może słabsza kondycja najmłodszego z uczestników, ale pełen szacuneczek że ciągle idzie do góry. Po drodze wymyślamy różne konkurencje, rozmawiamy o rozmaitych przyjemnościach, tworzymy zagadki typu „co to jest”, a jeśli nic już nie pomaga, stosujemy typowe wspomagacze: wzięcie dziecka na ramiona, czy „dwa, jeden, hop-a”. Z tą zabawą radzę uważać i proponuję robić ją na sam koniec wycieczki, a nie na początku, gdy jest ostrzej pod górę, bo można się samemu nieźle zmęczyć.

Do schroniska docieramy po godzinie przyjemnego marszu. Niewiele ludzi choć to długi weekend majowy. Być może z uwagi na niepewną pogodę mniej osób zdecydowało się na wyjście. A tymczasem jest bardzo przyjemnie. Zajmujemy miejsce, zjadamy pyszności, które oferuje nam schronisko. Polecamy „Kotlet drwala” –  tak naprawdę cała rodzina mogłaby sobie nim pojeść, taki z niego gigant. Na dodatek ponoć równie pyszny, jak wielki –  tak mówili inni, bo ja akurat obecnie nie jadam mięsa, więc nie sprawdziłem. Dodatkowo pyszne placki ziemniaczane, zabawy, gry, udostępnione książki dla dzieci w schronisku – bardzo miło spędzony czas.

Co nas urzekło, to aktywny kominek  i ciepło bijące z niego. Palące się drewienko, zastąpiło nam  troszkę to słońce, którego brakowało na szlaku i którego nam brak obecnie na co dzień. Maj nas pod tym względem nie rozpieszcza. Myślę jednak, że nie ma co narzekać. Wszak udało się nam wejść w komplecie, bez żadnych problemów, bez deszczu a za to z dużym ładunkiem radości.

Zeszliśmy troszkę inną ścieżką, ponieważ a trasie do schroniska napotkaliśmy bardzo mocno podtopiony, błotnisty odcinek. Dzieciaki zaliczyły parę podtopień butów, konieczna była zatem  ich wymiana . Przy okazji: pamiętajcie rodzice o  zabieraniu rzeczy na zmianę. Zeszliśmy zatem troszkę bardziej stromą ścieżką, która zaczyna się zaraz przy schronisku, po jego prawej stronie i prowadzi do górnej części wioski, a później do parkingu przy wyciągu. Zejście szybkie, przyjemne, a pogoda jakby troszeczkę lepsza: przejaśniło się nieco, wiatr przedmuchał chmury.

Zatem kolejny dzień, kolejne parę kilometrów ze znajomymi w radości i w poczuciu szczęścia. Polecamy Wam Maciejową.

 Trochę cyferek:
Czarny szlak
z parkingu dawnego wyciągu w Rabce Zdrój, 280 metrów przewyższenia.
+/ 2,2 km w jedną stronę.
+/ 1h 15min z dziećmi w górę ?
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka mogłaby dać radę poprzez ciągnięcie.


Miłego!

 

Poszukiwacze słońca

W sobotę 6 maja mieliśmy zaplanowany wyjazd wraz z nowymi znajomymi w góry, którym chcieliśmy pokazać, że bycie aktywną rodziną jest czymś przyjemnym, wspaniałym i rozwojowym. Czymś, co daje wiele radości jednej i drugiej stronie – zarówno dzieciom, jak i rodzicom.

 

Wyjazd zaplanowaliśmy na Durbaszkę – zarezerwowaliśmy miejsce, wszystko było przygotowane do wyjazdu. Jednakże w sobotę rano okazało się, że plany nasze musimy zmienić. Prognoza pogody na Durbaszce mówiła nam jednoznacznie, że czeka nas tam fala deszczu – efekt zarażania miłością do chodzenie po górach, mógł więc skończyć się efektem odwrotnym… Przyznaję, że szybki przegląd Kaśki w regionie odnośnie warunków pogodowych dał nam możliwość błyskawicznego zorganizowania planu B, czyli wypadu na jednodniową wycieczkę w Magurki w Beskidzie Małym. Do schroniska i z powrotem.  Według prognoz warunki pogodowe miały być tam bowiem dużo lepsze. Szukaliśmy też takiej trasy, która będzie przede wszystkim przyjemna, prosta i łatwa, gdyż jeden z nowych uczestników naszych wypraw ma dopiero niecałe 4 latka – zatem musieliśmy dostosować trasę do jego możliwości.

Na miejsce dotarliśmy po półtoragodzinnej podróży. Przyznaję, że GPS poprowadził nas takimi dróżkami, że w głębi ducha zastanawiałem się już kilkakrotnie, czy to się na pewno uda i czy nie utkniemy nagle gdzieś na polanie, czy w lesie. Ale udało się – dotarliśmy na miejsce, gdzie okazało się, że pogoda w sumie niewiele różni się od tej, którą właśnie opuściliśmy.  I tu panowało zachmurzenie, a gdzie niegdzie przestrzeń spowijały mgły. Ale nastroje nam dopisywały. Wyruszyliśmy więc w drogę. Po kilkuset metrach na szlaku zielonym do schroniska na Magurce znaleźliśmy pierwszy przystanek z ławeczką, gdzie (jak to zwykle w naszym wypadku bywa) rozpoczęliśmy piknikowanie. Mimo, że pogoda nie sprzyjała, to pyszności, które przygotowała Kasia pobudziły nam i apetyty i dobre humory.

Takie pikniki są bardzo mocno energetyzujące. Poza tym, że jedzenie daje nam energię, to jeszcze odpoczynek podczas takiego postoju dodaje nam mocy, by iść dalej. Widać to najlepiej na przykładzie dzieci, które startują z nowym zapasem energii, zapominając o swym zamęczeniu. Dlatego bardzo polecam. Zabierzcie ze sobą coś pysznego do jedzenia, jakiś koc, czy karimatę, a później, gdy poczujecie zmęczenie, siadajcie i odpoczywajcie. Pikniki oczywiście wydłużają czas dotarcia do celu, ale są elementem, który daje wytchnienie i siłę.

Ruszyliśmy dalej zielonym szlakiem. Trasa ta należy do niezbyt wymagających. Podejście jest o stałym, niewielkim nachyleniu, a różnica wzniesień nie jest też zbyt duża, ponieważ ruszamy z przełęczy pomiędzy Bielskiem-Białą, a Miedzybrodziem Bialskim, czyli też poziom startu jest dużo wyższy.

Przyznaję, że lubię schronisko na Magurce z kilku względów.  Dotarcie do niego nie jest zbyt trudne, a jest wiele szlaków, które doń prowadzą. Można zatem z różnych stron zdobyć Magurkę i cieszyć się widokami.

Na górę doszliśmy po ok. półtorej godzinie – czyli dość wolno. Myślę, że spokojnie można zaliczyć ten dystans w godzinę… ale radość była ogromna. Radość u dzieci, u znajomych, którzy, gdy zobaczyli z jakim zapałem dzieciaki prą do przodu, to aż nie mogli uwierzyć. Słońca nadal nie złapaliśmy, choć rozchmurzenia były coraz większe i dzięki temu warunki widokowe lepsze. W schronisku jedzenie bardzo smaczne – polecamy naleśniki dla dzieciaczków. Proponujemy równie wyjść na zewnątrz, gdzie jest duża polana i każdy znajdzie miejsce dla siebie, mimo że Magurka jest schroniskiem bardzo popularnym i zawsze tu sporo turystów. Na tak dużej przestrzeni każdy znajdzie jednak miejsce tylko dla siebie. No i te widoki. Budynek, który został wybudowany w ostatnich latach, przystosowany do startów i tras biegowych posiada takie udogodnienie, że można wyjść na jego dach, pokryty zieloną trawą. Stąd możemy podziwiać całą, przepiękną panoramę.

Powrót był już dużo szybszy i dużo łatwiejszy. Właściwie to tylko 2 km, więc zejście trwa niecałą godzinę. Co wspaniałego, to to, że pomimo prognoz i ciężkiej aury wytrwaliśmy do końca. I spotkała nas za to nagroda: słońce. Pojawiło się słońce. Te drobne promyki – bo jak wszyscy wiemy w ostatnich miesiącach pogoda nas raczej nie rozpieszczała nadmiarem słońca – dały nam promyk nadziej na kolejny dzień. Tak, były już plany. Dzieci zeszły wręcz przewspaniałym, radosnym rytmem, a przy samochodach rozpoczęły się rozważania: gdzie jedziemy jutro? co będziemy jutro robić?… Coś wspaniałego – takie zarażanie wyprawami, wycieczkami innych jest naprawdę fantastyczne!

Miłego!

Mój sposób na wagę (i nie tylko) idealną.

Tym razem chciałbym Wam opowiedzieć o moim sposobie na wagę idealną o tym, dlaczego jedząc o wiele więcej wciąż chudnę, a przede wszystkim – co łączy się w dwoma poprzednimi kwestiami: dlaczego post jest lepszy niż zwykłe diety odchudzające.
Zanim jednak zacznę, chciałbym uprzedzić, że wnioski, które chciałbym Wam przedstawić oparte zostały na moich własnych doświadczeniach i są efektem moich przemyśleń. Nie przedstawię Wam tu ani wyników badań naukowych, ani wykresów, ani zbiorów niepodważalnych danych. Chcę tylko opowiedzieć o czymś, co zadziałało w moim przypadku – a Wy, jeśli macie ochotę możecie to przetestować i sprawdzić jak Wasz organizm na to zareaguje. Bo każdy z nas jest inny, ma inny metabolizm, geny, problemy zdrowotne. Dlatego wcale nie twierdzę, że to metoda dla każdego, ale wydaje mi się, że spróbować naprawdę warto.
Zacznijmy od początku: post warzywno – owocowy pani doktor Dąbrowskiej zastosowałem już trzy razy i mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że wzbogacił moje życie o wiele pozytywnych rzeczy. Na tyle, że mam mocne postanowienie stosowania tego postu cyklicznie, co roku na wiosnę.
Post ten ja stosuję w wersji light – jak to określam. Bo propozycja postu dr Dąbrowskiej skierowana jest często do jej pacjentów, którzy maja dużo większe schorzenia i problemy zdrowotne niż ja. Ja praktycznie ich nie mam, stąd też moja złagodzona wersja tego postu. Zatem ja stosuję ten sposób odżywiania przez dwa tygodnie. Pani doktor u swych pacjentów przeprowadza sześciotygodniowy cykl postu. Są to jednak przypadki, które wymagają nadzoru lekarza i przeprowadzenia badań. Jeśli więc ktoś zażywa jakieś lekarstwa lub leczy się na jakąś chorobę – niech przed podjęciem decyzji o poście skonsultuje się ze swoim lekarzem.
A dlaczego w ogóle się nim zainteresowałem? Tu dużą rolę odegrała moja żona, która czytała książkę pani doktor, opowiadała mi o niej i przytaczała wiele fragmentów. Przede wszystkim zaintrygowało mnie to, że celem nadrzędnym w tej metodzie nie jest zrzucenie zbędnych kilogramy (jak to ma miejsce w przypadku wielu diet), ale przede wszystkim poprawa jakości życia, zdrowia i codziennego funkcjonowania. Spodobało mi się również to, że nie ma tu żadnych zaawansowanych technologii i niewiadomo jakich cudów, przeciwnie: prostota założeń. Jesz to, co naturalne, co Bóg stworzył. I nic więcej, po prostu pościsz jak Jezus na pustyni. Co prawda On miał jedynie wodę, my mamy natomiast warzywa i owoce, choć – jak mówiłem w ograniczonej formie. Bo z produktów, które możemy spożyć mamy naprawdę niewiele: z owoców właściwie tylko jabłka, grejpfruty i cytryny, do tego czerwone warzywa – buraki, pomidory, marchewka – plus wszelkiego rodzaju sałaty i jeszcze ogórki. Niewiele, ale przy odpowiednim ułożeniu menu można te produkty naprawdę nieźle miksować i tworzyć ciekawe kompozycje smakowe. Ja mam szczęście, bo moja żona jest ekspertką w tej dziedzinie i dzięki jej zdolnościom kulinarnym jesteśmy w stanie przetrwać bez większych problemów te dwa tygodnie.
A co mi daję te dwa tygodnie postu? Po pierwsze uczą mnie na nowo delektować się smakiem warzyw i owoców, których na co dzień nie spożywamy tak dużo. Po drugie te dwa tygodnie plus tydzień wychodzenia z postu daje mi nawyk lepszego odżywiania, który działa cały kolejny rok! Dzięki temu przez te trzy ostatnie lata – odkąd stosuję post – mój system żywieniowy zmienił się diametralnie. Oczywiście na lepsze. Zjadam dużo więcej warzyw, owoców, sałatek, dużo mniej glutenu i produktów mącznych – co nie znaczy, że ich nie jem w ogóle, nie, chodzi o skale wymiany. Jem ich po prostu dużo mniej. Nie jadam mięsa – wieprzowego, wołowego, czy innych rodzajów mięs odzwierzęcych, ale jadam mięso rybie. Nie jestem zatem wegetarianinem w ogóle, nie wyeliminowałem zdrowego białka z ryb, oczywiście ryb naturalnego pochodzenia, a nie hodowlanych.
Te trzy tygodnie wiosną dają mi taki „pakiet ubezpieczenia” na cały kolejny rok. Pakiet w postaci zdrowego nawyku żywieniowego. To jeden z powodów, dlaczego po tygodniu wychodzenia z postu nadal chudnę. Bo pozostają mi dobre nawyki żywieniowe. Drugi powód jest taki, że uprawiam sport. A kiedy połączy się racjonalne, zdrowe żywienie z aktywnością fizyczną otrzymujemy w efekcie stabilną masę ciała, bez tycia.
Nie będę oszukiwał, że te dwa tygodnie są łatwe i przyjemne. Tak dobrze to nie jest. Owszem są trudne, bo nie jedząc żadnych dodatkowych węglowodanów i tłuszczy trzeba się przygotować na spadek sił i formy. I to zarówno fizycznej, jak i umysłowej. Wiadomo, mózg potrzebuje węglowodanów, zatem ja podczas postu w godzinach popołudniowo- wieczornych właściwie padam. Mogę jedynie przeczytać jeszcze dzieciom książkę i położyć się spać. Podobnie ze sportem, spadek formy jest odczuwalny. Mnie podczas postu udało się przebiec parę kilometrów, ale na bardzo wolnych obrotach. Tyle, że to też jest przyjemne – bieg w wolnym tempie, przy bardzo pozytywnym poczuciu lekkości i swobody. Polecam spróbować.
W porównaniu do pierwszego postu, dwa kolejne były dużo przyjemniejsze i mniej męczące. Pierwszy faktycznie czyści organizm i resetuje całkowicie. Oczyszczenie z tych wszystkich złogów, toksyn, cukrów nagromadzonych w organizmie powodowało, że w pierwszych dniach miałem trudności z utrzymaniem postu, a piątego dnia zastanawiałem się, czy nie zakończyć eksperymentu. Trzeba wtedy odpuścić, położyć się wcześniej spać nawet o 15-tej, nie przemęczać się, dać sobie taryfę ulgową w obowiązkach – i spróbować wytrwać w poście.
Dwa kolejne posty były już łatwiejsze. Oczywiście zawsze jest pewna słabość i ból głowy – to znak, że organizm oczyszcza się z toksyn, ale w tym roku np. ból ten trwał tylko jeden dzień. Tak więc prócz zmęczenia jedzeniem tych samych produktów przez dwa tygodnie, nie miałem już większych problemów z postem. A skąd to zmęczenie jedzeniem tych samych produktów? Przecież dawniej ludzie jedli tylko chleb z masłem (przy czym masło już było rarytasem). No może nie dosłownie, ale ich dieta była przecież dużo uboższa niż nasza. Myślę, że cała nasza dzisiejsza rzeczywistość nastawiona na konsumpcję, te wszystkie markety z obfitością wszelakich produktów na wyciągnięcie ręki, sprawiają, że czujemy dyskomfort, jeśli ograniczamy nasze spożycie. Wydaje nam się, że skoro coś jest dostępne to trzeba z tego korzystać i to w ilościach hurtowych, bo jak nie, to czegoś się wyrzekamy, z czegoś rezygnujemy, czyli idąc tym tokiem myślenia – coś tracimy. Tymczasem warto swoje wybory – także zakupowe – oprzeć czasem na starej, sprawdzonej zasadzie umiaru.
Na koniec jeszcze pozostało nam pytanie: dlaczego post, a nie dieta? Myślę, że już niektórzy z Was znają odpowiedź. Diety – typu białkowa, tłuszczowa, czy jaka tam jeszcze – nie budują dobrych nawyków żywieniowych. Człowiek stosuje np. dietę białkową, czy kapuścianą przez kilka tygodni, może nawet chudnie kilka kilo, ale co potem? Jeść kapustę, albo jajka do końca życia? Raczej mało realne. Gdy spojrzałem na etykietę jednego z produktów dostępnych na rynku, który ma za zadanie przyspieszyć spalanie tłuszczu – to się przeraziłem – ludzie, chcący schudnąć są faszerowani chemią po to, by zrzucić kilka kilo i poczuć się lepiej. Na chwilę. Według mnie nie tędy droga. Tymczasem efekt uboczny postu – jaki ja mam – jest mega pozytywny. W ciągu dwóch tygodni przy mojej wadze zrzucam swobodnie kilka kilogramów, a po tygodniu wychodzenia z postu wciąż chudnę – ale tylko dlatego, że mam nadal nawyk jedzenie warzyw i owoców i dlatego, że wracam do sportu, który uwielbiam i z którym czuję się dobrze.
Na koniec wrzucę jeszcze ciekawy podcast, który mnie utwierdza w tym co napisałem i robię na codzień. Miłego słuchania.

Źródło podcastu:  http://www.wiecejnizzdroweodzywianie.pl/

Wierchomla ach ta Wierchomla…

Dzień drugi rozpoczęliśmy w Wierchomli Wielkiej, gdzie spędziliśmy noc w agroturystycznym gospodarstwie. Przesympatyczne miejsce i równie sympatyczny właściciel, który na dodatek serwuje pyszny serek, wytwarzany z mleka, pochodzącego z własnej hodowli krów. Jest tu i swojsko i klimatycznie, szczerze polecamy, a sami też chętnie tu wrócimy, jeśli tylko będziemy gdzieś w okolicy.

Dalszy etap wędrówki rozpoczęliśmy od parkingu górnej stacji Wierchomli, czyli Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla. Stąd, czarnym szlakiem szliśmy w kierunku „Bacówki nad Wierchomlą” – schroniska PTTK, od którego dzieliło nas – według napisu na tabliczce informacyjnej – nieco ponad dwa kilometry.  Cóż, my ten odcinek pokonaliśmy w niecałe dwie godziny, idąc dość wolno. A właściwie to całkiem wolno. W sumie to tak wolno, że minęło nas pięć, albo sześć grup. Humorów jednak nam to nie popsuło. W tym sporcie, tempo osiągania szczytów naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się atmosfera wyprawy, chęci uczestników, sama wędrówka, bycie razem i to, że wspólnie możemy delektować się tą właśnie chwilą. Że jesteśmy razem tu i teraz. Dlaczego o tym mówię? Bo wydaje mi się, że często zapominamy, co w takich rodzinnych wyprawach jest najważniejsze. Stawiamy sobie wysokie cele i albo staramy się przejść jak najszybciej z punktu A do punktu B, albo narzucamy sobie dłuższą trasę, a przecież nie o to chodzi, by bić jakieś kolejne rekordy, po drodze tracąc całą przyjemność z wędrówki. U nas podejście do pieszych wycieczek zmieniło się diametralnie, gdy pojawiły się nasze dzieciaki. Wcześniej, kiedy znaki pokazywały czas przejścia 1,5 godz., my tę trasę pokonywaliśmy w 45 min. Teraz taką trasę robimy w 3 godziny. I szczerze mówiąc: jesteśmy o wiele bardziej szczęśliwi.

 

 

Wracając do naszej wędrówki, sama trasa z pewnością nie była ani trudna, ani wymagająca. W sam raz na otwarcie sezonu. Duża część szlaku prowadzi szeroką drogą przez las. Widoki zaczynają się właściwie dopiero na samym końcu, w przeciwieństwie zatem do Chaty Magóry, gdzie widoki mogliśmy podziwiać nieomal przez całą trasę.
Ale za to panorama, jaka nam się ukazała na finiszu, naprawdę zapierała dech w piersi. Widok, jaki się tam rozpościera jest tak niesamowity, że człowiek nie ma ochoty wracać. Najchętniej zostałby na miejscu i podziwiał tylko zmieniające się formacje chmur nad szczytami górskimi. Naprawdę pięknie.

W samym schronisku dużo ludzi – co właściwie jest normą,  bo to naprawdę często odwiedzane miejsce. Jednak  na szczęście jest tu na tyle przestrzeni, że każdy znajdzie kawałek miejsca dla siebie, tak, by móc w spokoju i ciszy delektować się widokami. I potrawami. Bo kuchnia w schronisku przesmaczna. Ja oczywiście dokonałem znów nowego odkrycia kulinarnego (kolejny dzień to i kolejne odkrycie). Tym razem był to kugiel – tak pyszny, że miałem wrażenie jakbym odkrył całkiem nowe, nieznane mi dotąd kubki smakowe.

Dużym plusem naszej wprawy, a całkowicie od nas niezależnym, była piękna pogoda. Dzięki temu mogliśmy w pełni korzystać z uroków okolicy i cudnych widoków. Choć samo schronisko  przygotowane jest również i na mniej sprzyjającą aurę. Gdy nadciągają chmury burzowe lub pada rzęsisty deszcz, można podziwiać siłę żywiołu z pięknego, zabudowanego i oszklonego tarasu. Ponoć można również skorzystać z wolnostojącej drewnianej sauny fińskiej – jeszcze nie próbowaliśmy, będzie zatem po co wracać.

Podsumowując, te dwa piękne dni otwarcia sezonu były przecudne. Życzę sobie i Wam, by każde kolejne wypady odbywały się w takiej aurze, takim otoczeniu i oby cały rok obfitował w tak niezapomniane chwile.

Trochę cyferek:

Czarny szlak z Wierchomli Małej, 266 metrów przewyższenia.
+/ 1,8km w jedną stronę.
+/ 1h 45min z dziećmi w górę 🙂
Nosidełka i chusty dla maluchów mile widziane.
Przyczepka ciężko raczej.
Zimą raz nie dotarliśmy, ale to wpis na inną okazję 🙂

Miłego!