Tym razem chciałbym Wam opowiedzieć o moim sposobie na wagę idealną o tym, dlaczego jedząc o wiele więcej wciąż chudnę, a przede wszystkim – co łączy się w dwoma poprzednimi kwestiami: dlaczego post jest lepszy niż zwykłe diety odchudzające.
Zanim jednak zacznę, chciałbym uprzedzić, że wnioski, które chciałbym Wam przedstawić oparte zostały na moich własnych doświadczeniach i są efektem moich przemyśleń. Nie przedstawię Wam tu ani wyników badań naukowych, ani wykresów, ani zbiorów niepodważalnych danych. Chcę tylko opowiedzieć o czymś, co zadziałało w moim przypadku – a Wy, jeśli macie ochotę możecie to przetestować i sprawdzić jak Wasz organizm na to zareaguje. Bo każdy z nas jest inny, ma inny metabolizm, geny, problemy zdrowotne. Dlatego wcale nie twierdzę, że to metoda dla każdego, ale wydaje mi się, że spróbować naprawdę warto.
Zacznijmy od początku: post warzywno – owocowy pani doktor Dąbrowskiej zastosowałem już trzy razy i mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że wzbogacił moje życie o wiele pozytywnych rzeczy. Na tyle, że mam mocne postanowienie stosowania tego postu cyklicznie, co roku na wiosnę.
Post ten ja stosuję w wersji light – jak to określam. Bo propozycja postu dr Dąbrowskiej skierowana jest często do jej pacjentów, którzy maja dużo większe schorzenia i problemy zdrowotne niż ja. Ja praktycznie ich nie mam, stąd też moja złagodzona wersja tego postu. Zatem ja stosuję ten sposób odżywiania przez dwa tygodnie. Pani doktor u swych pacjentów przeprowadza sześciotygodniowy cykl postu. Są to jednak przypadki, które wymagają nadzoru lekarza i przeprowadzenia badań. Jeśli więc ktoś zażywa jakieś lekarstwa lub leczy się na jakąś chorobę – niech przed podjęciem decyzji o poście skonsultuje się ze swoim lekarzem.
A dlaczego w ogóle się nim zainteresowałem? Tu dużą rolę odegrała moja żona, która czytała książkę pani doktor, opowiadała mi o niej i przytaczała wiele fragmentów. Przede wszystkim zaintrygowało mnie to, że celem nadrzędnym w tej metodzie nie jest zrzucenie zbędnych kilogramy (jak to ma miejsce w przypadku wielu diet), ale przede wszystkim poprawa jakości życia, zdrowia i codziennego funkcjonowania. Spodobało mi się również to, że nie ma tu żadnych zaawansowanych technologii i niewiadomo jakich cudów, przeciwnie: prostota założeń. Jesz to, co naturalne, co Bóg stworzył. I nic więcej, po prostu pościsz jak Jezus na pustyni. Co prawda On miał jedynie wodę, my mamy natomiast warzywa i owoce, choć – jak mówiłem w ograniczonej formie. Bo z produktów, które możemy spożyć mamy naprawdę niewiele: z owoców właściwie tylko jabłka, grejpfruty i cytryny, do tego czerwone warzywa – buraki, pomidory, marchewka – plus wszelkiego rodzaju sałaty i jeszcze ogórki. Niewiele, ale przy odpowiednim ułożeniu menu można te produkty naprawdę nieźle miksować i tworzyć ciekawe kompozycje smakowe. Ja mam szczęście, bo moja żona jest ekspertką w tej dziedzinie i dzięki jej zdolnościom kulinarnym jesteśmy w stanie przetrwać bez większych problemów te dwa tygodnie.
A co mi daję te dwa tygodnie postu? Po pierwsze uczą mnie na nowo delektować się smakiem warzyw i owoców, których na co dzień nie spożywamy tak dużo. Po drugie te dwa tygodnie plus tydzień wychodzenia z postu daje mi nawyk lepszego odżywiania, który działa cały kolejny rok! Dzięki temu przez te trzy ostatnie lata – odkąd stosuję post – mój system żywieniowy zmienił się diametralnie. Oczywiście na lepsze. Zjadam dużo więcej warzyw, owoców, sałatek, dużo mniej glutenu i produktów mącznych – co nie znaczy, że ich nie jem w ogóle, nie, chodzi o skale wymiany. Jem ich po prostu dużo mniej. Nie jadam mięsa – wieprzowego, wołowego, czy innych rodzajów mięs odzwierzęcych, ale jadam mięso rybie. Nie jestem zatem wegetarianinem w ogóle, nie wyeliminowałem zdrowego białka z ryb, oczywiście ryb naturalnego pochodzenia, a nie hodowlanych.
Te trzy tygodnie wiosną dają mi taki „pakiet ubezpieczenia” na cały kolejny rok. Pakiet w postaci zdrowego nawyku żywieniowego. To jeden z powodów, dlaczego po tygodniu wychodzenia z postu nadal chudnę. Bo pozostają mi dobre nawyki żywieniowe. Drugi powód jest taki, że uprawiam sport. A kiedy połączy się racjonalne, zdrowe żywienie z aktywnością fizyczną otrzymujemy w efekcie stabilną masę ciała, bez tycia.
Nie będę oszukiwał, że te dwa tygodnie są łatwe i przyjemne. Tak dobrze to nie jest. Owszem są trudne, bo nie jedząc żadnych dodatkowych węglowodanów i tłuszczy trzeba się przygotować na spadek sił i formy. I to zarówno fizycznej, jak i umysłowej. Wiadomo, mózg potrzebuje węglowodanów, zatem ja podczas postu w godzinach popołudniowo- wieczornych właściwie padam. Mogę jedynie przeczytać jeszcze dzieciom książkę i położyć się spać. Podobnie ze sportem, spadek formy jest odczuwalny. Mnie podczas postu udało się przebiec parę kilometrów, ale na bardzo wolnych obrotach. Tyle, że to też jest przyjemne – bieg w wolnym tempie, przy bardzo pozytywnym poczuciu lekkości i swobody. Polecam spróbować.
W porównaniu do pierwszego postu, dwa kolejne były dużo przyjemniejsze i mniej męczące. Pierwszy faktycznie czyści organizm i resetuje całkowicie. Oczyszczenie z tych wszystkich złogów, toksyn, cukrów nagromadzonych w organizmie powodowało, że w pierwszych dniach miałem trudności z utrzymaniem postu, a piątego dnia zastanawiałem się, czy nie zakończyć eksperymentu. Trzeba wtedy odpuścić, położyć się wcześniej spać nawet o 15-tej, nie przemęczać się, dać sobie taryfę ulgową w obowiązkach – i spróbować wytrwać w poście.
Dwa kolejne posty były już łatwiejsze. Oczywiście zawsze jest pewna słabość i ból głowy – to znak, że organizm oczyszcza się z toksyn, ale w tym roku np. ból ten trwał tylko jeden dzień. Tak więc prócz zmęczenia jedzeniem tych samych produktów przez dwa tygodnie, nie miałem już większych problemów z postem. A skąd to zmęczenie jedzeniem tych samych produktów? Przecież dawniej ludzie jedli tylko chleb z masłem (przy czym masło już było rarytasem). No może nie dosłownie, ale ich dieta była przecież dużo uboższa niż nasza. Myślę, że cała nasza dzisiejsza rzeczywistość nastawiona na konsumpcję, te wszystkie markety z obfitością wszelakich produktów na wyciągnięcie ręki, sprawiają, że czujemy dyskomfort, jeśli ograniczamy nasze spożycie. Wydaje nam się, że skoro coś jest dostępne to trzeba z tego korzystać i to w ilościach hurtowych, bo jak nie, to czegoś się wyrzekamy, z czegoś rezygnujemy, czyli idąc tym tokiem myślenia – coś tracimy. Tymczasem warto swoje wybory – także zakupowe – oprzeć czasem na starej, sprawdzonej zasadzie umiaru.
Na koniec jeszcze pozostało nam pytanie: dlaczego post, a nie dieta? Myślę, że już niektórzy z Was znają odpowiedź. Diety – typu białkowa, tłuszczowa, czy jaka tam jeszcze – nie budują dobrych nawyków żywieniowych. Człowiek stosuje np. dietę białkową, czy kapuścianą przez kilka tygodni, może nawet chudnie kilka kilo, ale co potem? Jeść kapustę, albo jajka do końca życia? Raczej mało realne. Gdy spojrzałem na etykietę jednego z produktów dostępnych na rynku, który ma za zadanie przyspieszyć spalanie tłuszczu – to się przeraziłem – ludzie, chcący schudnąć są faszerowani chemią po to, by zrzucić kilka kilo i poczuć się lepiej. Na chwilę. Według mnie nie tędy droga. Tymczasem efekt uboczny postu – jaki ja mam – jest mega pozytywny. W ciągu dwóch tygodni przy mojej wadze zrzucam swobodnie kilka kilogramów, a po tygodniu wychodzenia z postu wciąż chudnę – ale tylko dlatego, że mam nadal nawyk jedzenie warzyw i owoców i dlatego, że wracam do sportu, który uwielbiam i z którym czuję się dobrze.
Na koniec wrzucę jeszcze ciekawy podcast, który mnie utwierdza w tym co napisałem i robię na codzień. Miłego słuchania.

Źródło podcastu:  http://www.wiecejnizzdroweodzywianie.pl/

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *